Polecany post

Łobeski odcinek "Odry".

       D ziało się to w okupowanej Warszawie, zaraz po świętach wielkanocnych roku 1941. Mężczyzna przebywający w jednym z zakonspirowan...

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą robotnicy przymusowi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą robotnicy przymusowi. Pokaż wszystkie posty

środa, 4 listopada 2015

Hipoteza na temat Staatsarchiv Stettin.

  Jak mam opisać to miejsce, by zaraz nie ruszyli tam domorośli poszukiwacze, dla których znaleziska będą jedynie wartością, jaką można uzyskać na aukcjach internetowych? Jak posklejać w całość to co zostało mi opowiedziane, a niestety rozmówca już mojej wiedzy nie uzupełni?
Opisane miejsce pozostanie anonimowe, ludzie też.
Zaznaczyć należy, że podnoszone przeze mnie zagadnienie jest tylko jedną z wielu możliwych hipotezą.
Zacznijmy zatem od początku. Wydarzenia nas interesujące zostały zapoczątkowane  14 lipca oraz 13 i 15 sierpnia 1943 roku. Tutaj (klik) możemy przeczytać o okolicznościach ewakuacji części Staatsarchiv Stetin. Zacytujmy tu tylko fragment:
 „14 lipca oraz 13 i 15 sierpnia 1943 roku ze Staatsarchiv Stettin wyjechało łącznie "5 wozów meblowych cennych akt o wielkim znaczeniu historycznym i politycznym". Ich celem był oddalony o 90 km na północny wschód majątek Bonin, gdzie archiwalia miały zostać ukryte w bliżej nieokreślonym miejscu - najprawdopodobniej zakopane w ziemi na terenie zespołu dworsko-parkowego należącego niegdyś do Viktora Poraka”.
 Dalej we wspomnianym artykule jest mowa o zeznaniach bonińskiego autochtona, który opowiedział funkcjonariuszom UB o nocnym postoju ciężarówek i ich porannym wyjeździe. Nie wiedział jednak czy wyjechały puste, czy załadowane.
Zastanówmy się w tym miejscu czy we wspomnianym okresie Niemcy mieli powody by zakopywać swoje archiwa lub dzieła sztuki.
Nie powodów do zakopywania zwłaszcza na wsiach, których alianci nie bombardowali, nie było. W zamyśle niemieckich władz wojska radzieckie nie miały prawa przekroczyć linii Wisły, choć w tym okresie w ogóle o takim prawdopodobieństwie nie myślano. Budowany właśnie Wał Atlantycki miał z kolei zatrzymać zachodnich aliantów na plażach Francji. Kilka dni wcześniej przed wspomnianymi wydarzeniami zaczęła się wprawdzie Operacja Husky, ale lądowanie aliantów na Sycylii niczego jeszcze nie przesądzało.
Idąc tym tropem rozumowania dojdziemy do wniosku, że archiwalia albo zostały złożone w bonińskim majątku lub też czego nie można wykluczyć zdeponowane w łobeskim banku, którego skarbiec był miejscem niezwykle trudnym do zniszczenia. Jest raczej pewne, że we wspomnianym okresie zakopywania bezpośrednio w ziemi nie podejmowano.

(Zdj. Dzisiejsze okolice dawnego łobeskiego banku.)

Ani linia Wisły, ani Wał Atlantycki nie zatrzymały wojsk idących ze wschodu i zachodu.
Przenieśmy się zatem do roku 1945 tuż przed przejściem przez ziemię łobeską frontu.
Zachowanie Niemców typowe dla tego typu działań, wielokrotnie opisywane w literaturze.
Jest noc najprawdopodobniej między styczniem a marcem w jednej z rozrzuconych po powiecie łobeskim wsi. W ciemnościach nocy rozlega się warkot kolumny samochodów. Przywieziona tu na roboty przymusowe kobieta (nazwijmy ją umownie panią X) pomimo surowego zakazu wygląda przez zaciemnione okno¹.
Udaje jej się dostrzec stojące pod lasem ciężarówki oraz wynoszących i zakopujących skrzynie żołnierzy niemieckich. Trudno dziś ustalić do jakiej formacji należeli. Zima wówczas była surowa, więc albo przygotowali grunt pod schowek wcześniej, albo rzeczywiście bardzo im się spieszyło z ukryciem tajemniczego ładunku.
Czyżby to co ujrzała owa kobieta było dalszym ciągiem  zdarzeń związanych z konwojem jadącym w 1943 roku do Bonina w zmienionej już sytuacji wojennej?
Jednak wiedzę tę posiadłem nie tylko ja. Na terenie owej wsi prowadzono poszukiwania wspomnianych skrzyń. Nie mam wiedzy czy robiła to ówczesna SB czy może jednak jacyś eksploratorzy. Nie wiem też kiedy prowadzono owe poszukiwania. Niczego nie znaleziono.
Być może ówczesny sprzęt na to nie pozwalał.
Za tezą o zakopaniu rzeczy niemetalowych przemawia fakt, że wykrywacze metali bo z takim sprzętem szukano nic nie wykazały.
Jakie jeszcze tajemnice kryją ziemie Pomorza, Śląska, Ziemi Lubuskiej lub też Warmii i Mazur?

(Zdj. Co jeszcze kryją takie porozrzucane wsie? - Wieś na zdjęciu nie jest miejscem opisywanym powyżej)

ad1. Niestety nie wiem czy nocowała jak to najczęściej bywało w jakiejś obórce lub chlewiku, czy gospodarze udostępnili jej pokój w swoim domu.

Źródła: Miesięcznik "Odkrywca".  http://fakty.interia.pl/historia/news-tajemnicze-skrzynie-z-archiwum-miasta-stettin,nId,939481
           Opowiadania osób mających wiedzę na ten temat.

poniedziałek, 2 marca 2015

Suplement do "Tajemnic Łobza"

    Na prośbę czytelników powracam do tematu tajemnic Łobza. Nie będzie tego wiele, niektóre opisy postaram się uzupełnić, niektóre sprawy, które poprzednio zwyczajnie przeoczyłem pojawią się jako zupełnie nowe.
 
Zacznijmy od położonego za cmentarzem na terenie obecnych ogródków działkowych obozu jenieckiego, lub jak twierdzą inni obozu pracy (ja twardo upieram się przy obozie jenieckim).
Niewiele o nim wiadomo, czytelnicy pamiętają zapewne przedstawione przeze mnie zdjęcia znalezisk potwierdzających walki tam prowadzone. Były jednak i inne znaleziska. Monety francuskie z lat 30, metalowe kubki, miski do jedzenia i podobne rzeczy osobiste. Słowem nic cennego, jednak potwierdzające przebywanie tam ludzi. Starsi ludzie pamiętają stojące jeszcze od strony dzisiejszej ulicy Słonecznej drewniane baraki. Osobiście natomiast zapamiętałem stojące głównie przy dzisiejszej drodze prowadzącej do oczyszczalni ścieków betonowe bunkry – tak to nazywaliśmy i tak one wyglądały, choć bez szczególnie grubych ścian. Można je uznać za instalacje typowo strażnicze. Niektórzy postawili potem na nich altany ogrodnicze i tak pewnie przetrwały do dziś jako piwniczki. Może opiszę zapamiętany wygląd, otóż: Były to obiekty kształtu prostokątnego, oparte dłużą ścianą o skarpę, od czoła natomiast znajdował się otwór coś jakby na drzwi lub większe okno, w górnej części okrągły otwór. I to wszystko tak więc konstrukcja prosta.
Co do spraw obozowych przechodząc od obozu jenieckiego do obozów pracy warto wspomnieć, że konwencje międzynarodowe zezwalały na zatrudnianie jeńców - pod pewnymi rygorami, lub na prośbę takowych. Rygorów tych Niemcy nie przestrzegali wobec ludności przywiezionej tu na roboty przymusowe. Co do obozów pracy na pewno jeden funkcjonował w okolicach dzisiejszej krochmalni. Było to uzasadnione o tyle, że bliskość wielu zakładów, jak choćby owa krochmalnia, młyn oraz fabryka drutu ogrodzeniowego (w domyśle kolczastego), a więc produkcja typowo militarna) – dzisiejszy Drut-Pol

(Zdj. Czy tędy więźniowie maszerowali do pracy?)

(Zdj. Czyżby jednak poobozowa pozostałość?)

Spróbujmy pociągnąć temat obozów pracy. Arbeitsamt w Nowogardzie, któremu podlegały placówki w Łobzie, Resku, Gryficach, Goleniowie oraz Trzebiatowie był obowiązany kierować ludzi do pracy w fabryce amunicji w Mostach (niem. Speck) k. Goleniowa. Początkowo pracowali w niej Niemcy, jednak z chwilą przybywania robotników przymusowych byli oni kierowani do pracy w tej fabryce. Zainteresowanych odsyłam do opracowania Józefa Kazaneckiego „Fabryka amunicji w Mostach” Link
Dość powiedzieć, że warunki pracy były tak fatalne, że do dziś nikt nie jest w stanie stwierdzić ile ofiar pochłonęła produkcja rozpiętość jest od setek do tysięcy – szczególnie duża wśród kobiet przywiezionych z ZSRR. Na stronach internetowych, o ile nie szukałem źle ciężko znaleźć cokolwiek na temat obozu jenieckiego lub obozów pracy w Łobzie. Czyżby więc Niemcy mając na sumieniu odsyłanie ludzi do tamtej fabryki milczeli o obozach? Tu wyjaśnienie: Nowogardzki Arbeitsamt nie nadążał z dostarczaniem rąk do pracy tej fabryce. Podejrzewa się również o eksperymenty z produkcją reaktora atomowego i de facto bonią atomową. Tu historia zazębia się z innym tematem poruszonym przeze mnie. Mianowicie dotyczy to organizacji „Odra” działającej na terenach niemieckich. Oczywiście trudno tu dywagować czy łobeska „Odra” mogła mieć coś wspólnego ze sprawą, o której za chwilę, ale inne jej człony na pewno tak. Alianci dowiedzieli się o fabryce. Bomby jednak spadały w próżnię, gdyż załogi bombowców nie widziały w ogóle fabryki. Byli tak zdesperowani, że w końcu zaczęły z samolotów spadać ulotki z pogróżkami, że jeśli nie uda im się zniszczyć fabryki zrównają z ziemią cały Goleniów. Po przejściu frontu okazało się, że cały teren fabryki był pokryty siatką z nałożonymi metalowymi atrapami liści.
Oprócz wspomnianej przyczyny może być i taka jak na poniższym zdjęciu – sprawa dotyczy obozu koncentracyjnego w Dachau i śmierci, zapewne nienaturalnej 41 letniego mężczyzny wywiezionego z terenu naszego powiatu.
Link 




Poruszmy temat lotniska, o którym zarówno słyszałem, jak i o które byłem pytany, a o którym nic kompletnie nie wiem. Miałby to być teren tuż za obecną stacją benzynową przy drodze Łobez-Węgorzyno, po lewej stronie, choć moim zdaniem bardziej adekwatny byłby teren tuż za obecnym pomnikiem upamiętniającym walki 6 marca. Na pewno nie było to lotnisko typowo bojowe. Jeżeli funkcjonowało ono w czasach wojny – jest to teren zbyt mały, ponadto lotniska w Drawsku Pomorskim (Me -109 i Fw -190) oraz Płotach (Me-110) załatwiały sprawę obrony przeciwlotniczej. Ponadto samoloty niemieckie wymagały zbyt starannej obsługi, nie mówiąc o naprawach by je w ten sposób rozpraszać, komplikując tym samym logistykę obsługi. Jeżeli już to obstawiam, że mogły co najwyżej lądować samoloty typu Fieseler - 156 Storch, jeżeli było to lotnisko czasu wojny, jeżeli teren był natomiast wykorzystywany po wojnie to oczywiście Polikarpow Po-2 albo jego licencyjne odmiany S-13/CSS-13.Te ostatnie zresztą lądowały po wojnie z okazji jakiegoś festynu na terenach położonych gdzieś w okolicach krochmalni.
Co do pierwszego miejsca to muszę przyznać, że w pobliskim zagajniku podczas grzybobrania na skraju lasu znalazłem kawałek powyginanej blachy aluminiowej wielkości ok 30x30 cm, na której widniały resztki farby koloru ciemnego khaki. Mogło to być cokolwiek, ale na pewno nie część poszycia samolotu. Wspomniane samoloty poszycia metalowego nie miały. Blachy nie zabierałem bo żelastwa generalnie nie zbieram, a w kategoriach ekonomicznych znaleziska nie myślałem.


(Zdj. Tereny okolic domniemanego lotniska.)

Skoro już jesteśmy przy tematyce lotniczej to udało się częściowo rozszyfrować sprawę domniemywanej poprzednio jednostki radiotechnicznej Na pewno istniała kompania meldunkowa na dworcu łobeskim  - pozycja Siewka – rozwiązana w czerwcu 1944r. (13. Flugmelde-Leit Kompanie at Bahnhof Labisch/Regenwalde (Stellung "Regenpfeifer") (new); disbanded 6.44).  Link

(Zdj. Schron lub pomieszczenia magazynowe nieopodal dworca PKP.)

Dzisiejszy plac zabaw dla dzieci. Przed wojną stała tu sala gimnastyczna. Zaraz po wojnie stała zapełniona wszelkimi dobrami typu maszyny do szycia, maszyny do pisania, bele materiału. Spłonęła pewnej nocy w dość tajemniczych okolicznościach. Domysły na temat jej zniszczenia są różne, od posądzania przedstawicieli MO/UB, żołnierzy sowieckich, zwykłych szabrowników po mityczny werwolf. Jak było naprawdę dziś już chyba nie da się ustalić.

(Zdj. Teren byłej sali gimnastycznej.)

Gdzieś około połowy lat 70 ubiegłego wieku. Jedynym hotelem w Łobzie był obecny hotel Słowiański przy obecnej ulicy Niepodległości (ówczesna B. Bieruta). Tak więc siłą rzeczy odwiedzający nasze miasto Niemcy mieli tylko jeden wybór, jeśli chodzi o zatrzymanie się.
Dla wielu z nich były to podróże sentymentalne, często dobierali sobie też miejscowych przewodników z jakichś powodów im znanych i znających język. Tym razem jednak para, o której piszę była sama.
 Dzień jest piękny słoneczny, nie taki jak na zdjęciach, nie wiem już jaki dzień tygodnia. Dość młody Niemiec spacerujący wraz z towarzysząca mu kobietą idzie od strony hotelu w kierunku skrzyżowania tuż za budynkiem sądu. Za tym budynkiem rozkłada jakiś papier dość dużych rozmiarów i tu jego nogi tracą spokój. Przechodzi przez przejście dla pieszych na drugą stronę ulicy i trzymając ów papier przed oczami wręcz zaczyna biec przez trawnik nieopodal ówczesnego samolotu. Jego zachowanie jest dosyć nerwowe. Dogania go towarzysząca mu kobieta, łapie go za rękę i siłą zatrzymuje, po czym dosyć nerwowo mu coś tłumaczy. Czym takim dysponował ten mężczyzna, co takiego skłoniło ich do takich nerwowych zachowań? Osobiście podejrzewam, że być może kolejne inwestycje miejskie odkryją zagadkę, ale jest to moja osobista opinia.

(Zdj. Widok na miejsce dziwnego zachowania niemieckiej pary.)

Teren niedokończonej inwestycji tuż nieopodal promenady i ul Rzecznej. Kiedy nie nawieziono ziemi i nie był tak podniesiony do góry to jeszcze o ile dobrze pamiętam w latach 90 ub. wieku płonęły tu znicze. Tak w tym miejscu jest minimum 7 grobów ofiar „wyzwolicieli”. Kim wszyscy byli nie wiem. Wiem o jednym pochowanym tam mężczyźnie, o którym mówiono wówczas „Jugosłowianin”, ale jakiej konkretnej narodowości był, nie mam pojęcia. Został pochowany doraźnie przez żonę Polkę i tak już został. O pozostałych nie mam kompletnie żadnej wiedzy. W związku z tym miejscem zaczęło funkcjonować coś co można określić mianem „urban legend”, a mianowicie, że jest tam zakopane złoto. Brednia. Pomijając fakt, że obok grobów funkcjonowały ogródki działkowe i nikt nic nie znalazł, a jeśli znalazł to nic nie ma. Legenda miejska mogła zrodzić się z innej przyczyny. Buszujący po Łobzie czerwonoarmiści według relacji świadków mieli kieszenie dosłownie wypełnione złotymi precjozami. Pozwala to jedynie przypuszczać, że w którejś lub większej liczbie mogił spoczywają także czerwonoarmiści.

(Zdj. Widok od strony promenady.)

(Zdj. Widok od strony ul. Rzecznej.)

Zatopiony czołg. Sprawy zatopionych czołgów zawsze i wszędzie wywołują pobłażliwy uśmiech rozmówcy lub na forach internetowych. Niemniej jednak faktem jest, że zarówno Sowieci jak i Niemcy stosowali podobną taktykę. W przypadkach braku paliwa, okrążenia lub podobnych zdarzeń jeśli mieli w pobliżu jakikolwiek zbiornik wodny wrzucali wsteczny bieg, by kierowca mógł wyskoczyć z pojazdu i tak go zatapiali. Dodatkowo często robili doraźne pułapki w postaci zawieszonego pocisku, tak aby spadł i eksplodował w momencie otwarcia włazu wieżyczki.
Istnienie zatopionego czołgu w stawie przy drodze Łobez – Unimie relacjonuje wiele nieznających się osób, więc coś na rzeczy było. Nie zmienia to jednak faktu, że owego czołgu już nie ma. Sam muszę szczerze przyznać, że nie wiem czy wystającą lufę owego czołgu pamiętam czy po prostu działa sugestia innych. Zwyczajnie byłem zbyt mały by to dobrze zapamiętać. Natomiast nie pamiętam, który mógłby to być zbiornik wodny. Wybór jest niewielki są tylko dwa możliwe stawy.
W jakich okolicznościach ów czołg się tam znalazł nie wiadomo.

(Zdj. Czy w stawie za tym lasem tkwił zatopiony czołg?)

(Zdj. jedno z dwóch typowanych.)

(Zdj. Te dwa jeziorka można typować jako miejsce zatopienia - źródło mapy bing.)

 Ciekawostka. Nie jest dla nikogo tajemnicą, że przedwojenny Łobez słynął z ilości zakładów szewskich, oraz rzemiosła garbarskiego. Takie banknoty regionalne znalazłem na jednej z aukcji francuskich. Link

(Zdj. Ciekawostka z francuskiej aukcji.)

Odpowiedzialność. A raczej jej brak. Te zdjęcia otrzymałem od anonimowego internauty i muszę przyznać, że potrafił mi je przekazać, po mistrzowsku się kamuflując. Nie o to jednak chodzi. Internauta ów wg jego relacji nie zabrał żadnej z tych rzeczy, ale zrobił zdjęcia telefonem po czym... uciekł.
Jedne zdjęcia przedstawiają ładownicę niemiecką od Mausera 98k według relacji internauty nie zawierała amunicji.
Drugie zdjęcie przedstawia granat trzonkowy niemiecki M 43 – internauta błędnie opisał go jako minę typu żabka. Trzonek na pewno zbutwiał.
Nie zawiadamiał Policji bo jak się wyraził nie ufa im. Nie świadczy to dobrze o naszych stróżach prawa, ale apeluję, wzywajmy ich jednak w przypadku takich znalezisk. Granat wyraźnie jest nieodbezpieczony i potencjalnie bardzo niebezpieczny.
 Żałuję, że nie została mi podana dokładniejsza lokalizacja. Jest to gdzieś w lesie pomiędzy Świętoborcem, a Boninem, całe znalezisko wyryły dziki. Miejmy nadzieję, że odnajdą to służby leśne.



(Zdj. U góry i u dołu ładownica od Mausera 98k.)

(Zdj. Niemiecki granat trzonkowy M43.)


 Na tym kończę cykl „tajemnic”. Ewentualne nowe zdobyte wiadomości postaram się zamieszczać sukcesywnie.

P.S.
Już po publikacji niniejszego materiału dowiedziałem się, że obóz pracy przy ulicy Węgorzyńskiej znajdował się po lewej stronie w okolicach ul. Odnoga Węgorzyńska, Łąkowa, dziś to tereny zabudowane w rękach właścicieli prywatnych.

czwartek, 13 lutego 2014

Łobeski odcinek "Odry".

       Działo się to w okupowanej Warszawie, zaraz po świętach wielkanocnych roku 1941. Mężczyzna przebywający w jednym z zakonspirowanych lokali sięgnął po dokument przekazany mu przez Wydział V ZWZ odpowiedzialny za łączność.
Zapewne generał Stefan Rowecki - Grot bo on był owym tajemniczym mężczyzną nie zdawał sobie sprawy, że zapoznaje się z kryptonimem jednej z najbardziej tajemniczych organizacji konspiracyjnych, która do dzisiaj pozostaje zagadką.

„Odra” bo tak brzmiał kryptonim owej organizacji w momencie gdy generał Grot zapoznawał się z tą nazwą  działała już od roku 1939.
Najprawdopodobniej od tego momentu lub nieco wcześniej wydział łączności ZWZ zorganizował regularną łączność z tą organizacją, która choć nie podlegała AK to jednak bardzo ściśle z nią współpracowała. Współpraca ta odnosiła się także do organizacji „Gryf Pomorski”. Z samego założenia miała ona zresztą podlegać władzom wojskowym Polskiego Państwa Podziemnego.
  Zaginęły w mrokach wydarzeń okoliczności jej powstania. Za jej twórcę uważa się wybitną postać Witolda Dzierżykraj – Morawskiego, niektórzy publicyści zaś negują jego osobę jako twórcę – moim zdaniem przytaczając słuszne argumenty – płk dypl. Witold Morawski (pseudonim Konrad Wallenrod ) został dowódcą organizacji dopiero później, niestety swoją działalność przypłacił śmiercią w obozie koncentracyjnym Mauthausen.
 (Zdj. Witold Morawski – źródło Wikipedia)

   Najważniejsze działania tej organizacji, której pełna nazwa brzmiała: Polska Armia Podziemna „Odra” obejmowały: 

  •  Prowadzenie wywiadu – rozpracowywanie obiektów wojskowych, jednostek, administracji, transportu, gospodarki etc.
  •   W miarę możliwości przygotowanie wojskowe jeńców i robotników przymusowych na wypadek konieczności obrony, gdyby Niemcy próbowali dokonać „likwidacji” tak obozów jenieckich, jak i obozów pracy. Na wypadek konieczności wystąpienia zbrojnego zbierano i magazynowano broń i wyposażenie oraz środki łączności pozyskiwane bądź to od Niemców bądź ze skrytek pozostałych po Armii Pomorze.
  •  Dbałość o morale jeńców wojennych jak i polskiej ludności cywilnej wywiezionej na roboty  poprzez kolportaż ulotek informacyjnych i nasłuch radiowy – informowanie o wydarzeniach.
  •  Pomoc i opieka osobom zbiegłym z obozów i wywózek.
  We wspomnieniach pojawiają się także informacje o akcjach dywersyjno – sabotażowych.
Struktura organizacyjna jest dosyć trudna do ustalenia. Chyba najrozsądniej będzie przyjąć, że Polska Armia Podziemna „Odra” obejmowała następujące struktury:
  • Polska Organizacja Wojskowa prowadząca działalność głównie w obozach jenieckich zarówno tych dla oficerów jak i pozostałych żołnierzy.
  • Bataliony „Odra”
Fizycznie organizacja obejmowała następujące ośrodki o kryptonimach:
  • Kurniki – obozy jenieckie dla oficerów (oflagi)
  • Gołębniki – obozy jenieckie dla żołnierzy (stalagi)
  • Mrowiska – skupiska robotników przymusowych i ludności cywilnej.
Więcej na temat organizacji struktur  można przeczytać w podanych na końcu źródłach.

W 1941 roku swym zasięgiem organizacja "Odra" obejmowała skupiska ludności przebywającej w powiatach: szczecineckim, wałeckim, łobeskim i białogardzkim. Inne jej ogniwa działały w  Szczecinie a nawet sięgnęły Zielonej Góry.
Dekonspiracja „Odry” nastąpiła ok. połowy roku 1944, a jej okoliczności są nadal bardzo niejasne.  Nie doprowadziła ona jednak do całkowitego rozbicia „Odry”, a jedynie  wywołała  głębsze zakonspirowanie się tej organizacji.
Niezwykłość „Odry”  polega na tym, że powstała i skutecznie działała na obcym terenie, w warunkach braku przychylności wśród miejscowej ludności i to od pierwszych miesięcy wojny, w warunkach całkowitej izolacji od rodzinnego kraju.

   Czy jednak jeszcze coś innego niż wspomniana działalność w skupiskach ludności polskiej w tym wymieniona wzmianka na temat powiatu łobeskiego łączy tamte odległe w czasie wydarzenia z Łobzem? Tak jest jeszcze coś co moim zdaniem zasługuje na bardzo szczególną uwagę i pamięć.

 Sięgnijmy do książki „Kryptonim Odra” autorstwa Jana Nowaka* (pseudonim Skrzydło), który w stopniu podporucznika był dowódcą  batalionu specjalnego „Odra” . Czytamy m.in. „ R-25 z Koszalina donosił, że batalion POW w Łobezie jest bardzo liczny i aktywny”.
  Skrót „R” oznacza „rezydenta” czyli osobę zajmująca się wywiadem, kim był nie wiadomo.

 Zauważmy jednak, że mowa jest o batalionie Polskiej Organizacji Wojskowej – bataliony były zbrojnym  ramieniem  tej organizacji. O dokonaniach tej organizacji na terenie powiatu łobeskiego niestety niewiele wiadomo.
Jest jednak pewien bardzo znaczący ślad. W jednej z łobeskich gazet ukazał się artykuł o śledztwach szczecińskiego oddziału IPN
    Czyżby więc zdarzenia opisane w artykule miały związek z działalnością osób przynależących do PAP „Odra”? Jeżeli tak było to informacja o aresztowaniach i morderstwach niemieckich w roku 1943 wskazywałaby, że Niemcy wpadli na ślad organizacji już wcześniej niż to się oficjalnie przedstawia, ale najprawdopodobniej nie skojarzyli z działalnością pozostałych ogniw „Odry” na innych terenach.

Tak niestety w tego typu dociekaniach jest, że pytania rodzą następne pytania.

 Czy historia odkryje przed nami rąbka swojej tajemnicy? Wielu wspaniałych ludzi związanych z tą organizacją na pewno odeszło, tutaj można jedynie liczyć na wspomnienia zapamiętane przez ich rodziny.
(Zdj. Widok na tereny byłego obozu jenieckiego, o którym niestety także bardzo mało wiadomo. W świetle wspomnień Jana Nowaka prawie na pewno mogły istnieć powiązania jeńców z „Odrą”)

       Chciałbym poruszyć jeszcze jeden aspekt tym razem powojenny związany z konspiratorami należącymi do PAP „Odra”. Podobno już w styczniu 1945 roku, także na terenie powiatu łobeskiego członkowie „Odry” zaczęli tworzyć „trójki repolonizacyjne”. Wyznaczano kandydatów na przyszłych burmistrzów, wójtów, komendantów milicji. Po przejściu frontu natomiast przejmowali wyznaczone zadania. Być może, że po przejściu frontu zachęcani tak jak to miało miejsce w przypadku członków „Gryfa Pomorskiego” w dobrej wierze wstępowali do MO i UB, nie przeczuwając obrzydliwej gry władz komunistycznych, które tą drogą dążyły jedynie do rozpracowania byłej konspiracji. Potem ludzi tych w zamian za szczere intencje i sumienne wykonywanie swoich obowiązków spotkały szykany, aresztowania i zwolnienia z pracy we wspomnianych służbach. Cóż, być może i w tym przypadku archiwa MO i UB także mogłyby coś niecoś naświetlić w sprawie „Odry”.
Tak więc ziemia łobeska kryje w sobie piękną kartę związaną z Polskim Państwem Podziemnym, kartę piękną, choć niezbyt znaną i niesłusznie zapomnianą. Kartę, która być może czeka jeszcze na ciekawe odkrycia.

      *Nie należy mylić tej osoby z Janem Nowakiem Jeziorańskim. Ppor. Nowak organizował batalion i dowodził nim do końca roku 1940.

Źródła:
  • Kryptonim „Odra” - Jan Nowak
  • Konspiracja Pomorska 1939-1947  – Krzysztof Komorowski
  • Biuletyn Kawaliera nr 4/2010 
http://bibliotekacyfrowa.eu/dlibra/docmetadata?id=3385&from=&dirids=1&ver_id=&lp=10&QI=

  • Bałtycka Biblioteka Cyfrowa - Konspiracyjna organizacja obozu Oflag. II. D. Grossborn
http://bibliotekacyfrowa.eu/dlibra/docmetadata?id=30232&from=pubindex&dirids=1&lp=5795

http://www.wppp.vel.pl/artykul.php?id=1319536925&gaz=tl


  Apel
  Chciałbym w tym miejscu zaapelować do wszystkich osób, których sercu bliska jest pamięć o naszej historii i tożsamości.
Upamiętnijmy w jakiś sposób pamięć o opisywanej Polskiej Armii Podziemnej „Odra” i jej batalionach działających na naszej łobeskiej ziemi. Organizacji wręcz fenomenalnej zawiązanej przecież na terenach niemieckich w środowisku wrogim i działającej od pierwszych miesięcy wojny. Upamiętnijmy ludzi, którzy w tej organizacji mieli odwagę działać i przeciwstawić się złu, upokorzeniu i gotowi byli w imię sprawy zapłacić najwyższą cenę. Ludzi, którzy niestety w wielu przypadkach pozostaną bezimienni.
Owszem Łobez nie był centralnym ośrodkiem tworzenia, czy też dowodzenia i działalności tej organizacji, ale nie znaczy to, że tej pamięci nie powinniśmy pielęgnować.
W naszym mieście wciąż funkcjonują takie nazwy ulic jak „Obrońców Stalingradu” - nie chcę snuć dysput czy słusznie czy nie, ale mamy rozpaczliwie mało ulic upamiętniających swą nazwą obrońców Polski. Kuriozalnym zaś jest fakt istnienia ulicy i osiedla im. H.Sawickiej – bojowniczki o uczynienie z Polski republiki radzieckiej. Nazwę Armii Krajowej nosi natomiast dość krótka peryferyjna uliczka miasta. Wiem zaraz podnoszą się głosy o kosztach operacji, ale ostatnimi laty powstało całkiem sporo pomników – obeliskiem kamiennym upamiętniono wreszcie Sybiraków, których liczna społeczność mieszka w naszym powiecie. Podobny obelisk nie byłby znów aż tak kosztowny, a w sytuacji, kiedy ciągle podnoszą się głosy o problemach z tożsamością mieszkańców tych ziem, świadczyłby materialnie, że pamiętamy o tych, którzy z tą świadomością problemów nie mieli, choć siłą zostali wydarci ze swych środowisk. Za swoją świadomość gotowi byli płacić cena najwyższą - życiem.

niedziela, 3 marca 2013

3 marca 68 rocznica wyzwolenia Łobza

(zdj. wyimaginowana scena walk żołnierzy polskich z 43 pal. dnia 6 marca 1945 r pod Świętoborcem)

Za oficjalną datę wyzwolenia miasta przyjmuje się dzień 3 marca 1945 roku, kiedy to wojska radzieckie wkroczyły do miasta. Można z tą datą dyskutować na wiele sposobów. Nie będę poruszał też kwestii samych walk, o których już co nieco napisano mniej lub bardziej prawdziwie.

Ostatnimi laty pojawiły się liczne głosy, różnych „autorytetów” twierdzące, że o żadnym wyzwoleniu mowy być nie może.
Różnej maści historycy, działacze lokalni, regionaliści, redaktorzy lokalnych gazet żwawo przytaczają przykłady cierpień miejscowej ludności zamieszkującej tereny ongiś niemieckie.
I mają rację. Dużo było w momencie zdobywania Pomorza i po nim niesprawiedliwości, nieprawości, samowoli zdobywców, wiele nieszczęść ludności cywilnej, ale były też pamiętajmy o tym różne tego przyczyny.
Spróbujmy pominąć wszelkiego rodzaju politykierstwo. Zamiast tego zastanówmy się czy aby na pewno nie było to wyzwolenie?

Bardzo rzeczowo odniósł się do tego zagadnienia redaktor naczelny Biuletynu „Kawaliera” Andrzej Szutowicz w numerze 1/2010 w artykule „Rocznicowych uwag kilka” (archiwa dostępne w internecie), na którego słowa pozwolę sobie jeszcze się powołać.
We wspomnianym artykule jest mowa o dominacji martyrologii agresora i ignorowaniu martyrologii ofiary. Musimy pamiętać, że Pomorze stało się miejscem nieszczęść robotników przymusowych i więźniów różnych narodowości, miejscem ich niewolniczej pracy i traktowania urągającemu godności ludzkiej – bicie, poniżanie, głód, choroby bez należytej opieki lekarskiej rozstrzeliwania, kary śmierci przez powieszenie. Dotykało to nawet dzieci, które zostały tu wywiezione wraz z rodzicami. Pamiętajmy wreszcie o marszach śmierci, które przeszły także przez teren ówczesnego powiatu łobeskiego – Ile te marsze pozostawiły na swej drodze mogił w przydrożnych rowach? Tego chyba nigdy się już nie dowiemy. Wspomniany redaktor J.Szutowicz przytacza liczbę 200 000 robotników przymusowych, choć ciągle liczby te są ruchome i dokładnej pewnie nie poznamy. Obowiązkiem naszym jest pamiętać o jeńcach wojennych przebywających na terenie Pomorza. Przecież taki funkcjonował i w Łobzie, a jak mi zdradził jeden z jego byłych jeńców, późniejszy mieszkaniec naszego miasta siedział w nim od pierwszych dni września 1939 roku. W Łobzie i okolicach funkcjonowały zarówno obozy pracy jak i przebywali tu robotnicy przymusowi.
I obecnie dla wielu skrócenie tej gehenny nie było wyzwoleniem.
Cóż każdy ma prawo do posiadania swoich poglądów, ale ja zgadzając się z red. Szutowiczem dalej będę twierdził o wyzwoleniu, a słowo zdobycie dalej będzie dla mnie miało kontekst działań wyłącznie wojskowych.