Polecany post

Łobeski odcinek "Odry".

       D ziało się to w okupowanej Warszawie, zaraz po świętach wielkanocnych roku 1941. Mężczyzna przebywający w jednym z zakonspirowan...

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zagadki historii. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zagadki historii. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 5 września 2017

Na św. Wawrzyńca

Mało kto dzisiaj wie, że ten święty Kościoła Katolickiego obchodzący swoje święto 5 września, jest również patronem poszukiwaczy. Być może za sprawą Graala, którego był opiekunem i uratował wysyłając w tajemnicy swoim rodzicom i ów święty Graal jak wiadomo jest bezskutecznie poszukiwany do dzisiaj.
W niniejszym poście przedstawię znaleziska pierwszych lat powojennych. To co znajdowały głównie dzieci w opuszczonych domach, co przynosiły i co pozostało do dzisiaj. Zostały mi wypożyczone celem udokumentowania fotograficznego. Za studio posłużyło pudełko. Historię niektórych spróbuję opisać pod zdjęciami. Znaleziska wróciły już do właścicieli więc bardziej szczegółowych zdjęć nie będzie. 
Przedstawione przedmioty zdają się przeczyć tezie jakoby Polacy szabrowali co się dało z  Ziem Odzyskanych. Większość z przedstawionych to wynik dziecięcego buszowania po pustych już domach. Czasem efekt tego co zastano w opuszczonym domu. 


  Zwykła lampka oliwna, pozbawiona mosiężnej osłonki i knota. Dziś służąca za flakonik.


  Zwykłe solniczki, choć wiekowe służą nadal.


  I kolejna solniczka.


  Prawdopodobnie kolejna solniczka  w kształcie liścia, choć jak widać uszkodzona.


  Niewielkich rozmiarów popielniczka.


  Dosyć ciekawy kolorystycznie wazon na kwiaty.


  I kolejna solniczka.


  Ten przedmiot był traktowany jako ozdóbka. Właściciele byli nieco zdziwieni, gdy wyjaśniłem co to jest. Jest to podstawka pod sztućce, kiedy potrzebujemy w trakcie posiłku odłożyć łyżkę, widelec bądź nóż. Niestety reszty kompletu nie ma.


  Ozdobna muszla, jak widać uszkodzona. Zapewne czyjaś pamiątka znad morza, zastawiona  w zawierusze wojennej.


  Jakaś szklana podstawka niewiadomego przeznaczenia. Pełniła funkcję popielniczki, chociaż mi osobiście bardziej pasuje albo do kolejnej solniczki albo jako podstawka pod jajko, choć pod tym ostatnim względem ma ciut za duże rozmiary.


  Ten przedmiot chyba nie wymaga wyjaśnień.



  Awers i rewers naściennego pojemnika na kwiaty. Nadaje się jednak najwyraźniej do kwiatów suszonych lub sztucznych.


  Jakiś flakonik. Być może po perfumach lub lekarstwach. Trudno dziś zgadnąć jego przeznaczenie.


  Zwykły barwny kieliszek. Nie wiadomo jednak, czy był wyposażeniem domowym, czy jakiejś restauracji.


  Znalezisko własne. Ceramiczne kapsle z butelek po piwie browarów łobeskich. Jedna zatyczka nie oznaczona, niewiadomego pochodzenia.


  Również znalezisko własne. Tak kiedyś były ochraniane przewody elektryczne wchodzące do domów. Choć podobnie chroniono przewody telefoniczne.


  Ten przedmiot stali czytelnicy znają. Opisywałem jako część powszechnie stosowanej łyżeczki w obozach jenieckich. I rzeczywiście, miejsce jej znalezienia pokrywa się z bliskością obozu.



  Ten widelec widoczny na obu powyższych zdjęciach jest o tyle ciekawy, że jest to element niezbędnika armii brytyjskiej. Nie wiadomo czy "zdobył" go jako trofeum jakiś żołnierz niemiecki i został w Łobzie dopiero odnaleziony, czy też Sowieci wspaniałomyślnie obdarzyli nim na odjezdne repatriantów z Syberii, zwłaszcza, że należy do rodziny byłych Sybiraków.


  Zwykły prosty rondel. Według relacji błyskawicznie się na nim zagotowuje cokolwiek.

Reasumując. Warto zaznaczyć,  co wynika z wielu rozmów, że rodziny przesiedlane tu z kresów częstokroć  wręcz brzydziły się nieuzasadnionym szabrownictwem. Ludzie ci po prostu brali akurat to co im było potrzebne i z czego zostali często ograbieni w trakcie podróży. Ograbieni z tego co mieli, pozbawieni dorobku całych pokoleń, wypędzeni, zmuszeni do opuszczenia swoich stron, sami nie chcieli przykładać ręki do grabieży. To bardzo piękna postawa kresowiaków, o której warto wspominać. 


Źródła:

niedziela, 5 czerwca 2016

Ryty

Różne są źródła tego zjawiska od niemieckiego systemu oznaczeń na drzewach począwszy, przez leśników, turystów, imprezowiczów, osoby z różnych względów przebywające w terenie, a na młodzieżowej subkulturze skończywszy.
Różne też towarzyszą temu zjawisku emocje. Od rozbawienia, przez oburzenie, po zaciekawienie tematyką eksploracyjną.
Ciekawe spojrzenie na to zjawisko czytelnik znajdzie w linkach na końcu tekstu.
Postanowiłem nie ujawniać miejsca, żeby nie rozbudzać niezdrowych zapędów eksploracyjnych. Zresztą co bystrzejsi i tak się zorientują co do miejsca.
Dodam jeszcze, że jest to teren, gdzie przechodziły zarówno wojska niemieckie, rosyjskie, polskie.
Kto wyrył te znaki częściowo się okaże w trakcie dalszej lektury, choć pewne pytania pozostaną.
Tematyka dotyczy rytów na drzewach. Odrzuciłem, te, które trudno zauważyć nawet gołym okiem(1) i te powtarzające się. Wybrałem kilka najciekawszych moim zdaniem.


Chyba najciekawszy ze znaków. Litera "X" z wydłużonym lewym dolnym ramieniem, zakrzywiona strzałka, jakby wskazująca na coś w kształcie litery "V" lub "Y" z krótkim ogonkiem (lub rosyjskie "y" – fonetycznie "u"). Ciężko też określać wiek wykonania tego znaku, by dywagować kto go zrobił, a tym bardziej po co.


Tych znaków w kształcie litery "X" jest cała masa. Na dodatek skierowanych na drzewach w różne strony. Z tego względu zagadnienie, czego one mogły dotyczyć staje się bardzo zagmatwane.


Coś jakby inicjały, tyle tylko, że pierwszy znak do złudzenia przypomina rosyjskie "n" ( fonetycznie "pe"). Czyżby pozostałość po obecności "bratniej armii"?


Znak literowo – cyfrowy. U góry litery "KA", pod nimi "UKA", na samym dole zaś coś przypominające cyfry, które jednak są trudne do odczytania.


No i mamy materiał porównawczy. Zacznijmy od dołu cyfra "70", która najczęściej oznacza datę wykonania. Na samej górze wyryty znak "X". W środku mocno zastanawiający napis "GAJO – CHAN".
Czyżby było to zniekształcone nazwisko Gaj – Chana? Dowódcy bolszewickiego Korpusu kawalerii z wojny 1920 roku, który wsławił się zbrodniami wojennymi popełnionymi na jeńcach polskich. Poza jakimś nieświadomym niczego dzieciakiem, zafascynowanym „Dniami Filmu Radzieckiego” lub jedynie „słusznymi” książkami nie widzę innego wytłumaczenia dla tego napisu.


Następny materiał porównawczy. W języku polskim od góry do dołu napis „TORBACZ”. Choć napis sam niewiele mówi, to pozwala metodą porównawczą określić wiek pozostałych znaków.
Tu jednak jest pole do popisu dla specjalistów, choćby z dziedziny leśnictwa.

Jest raczej pewne, że owe znaki należy lokować w różnych przedziałach czasowych. Banalne zdawałoby się zjawisko, na które na ogół nie zwracamy uwagi może natomiast okazać się tematem rzeką dotyczącym zarówno kultury materialnej,jak i historycznej.
Człowiek zapomniał, drzewa nadal pamiętają.

(ad.1) Niektóre z tych trudnych do zauważenia wskazywałyby na datę z lat 30 ubiegłego wieku.

Linki:
https://biografiaarcheologii.wordpress.com/2014/10/18/archeologia-i-ii-wojna-swiatowa-drzewa-z-rytami-jako-kultura-materialna/

http://archeowiesci.pl/2014/10/16/znaki-na-drzewach-ujawniaja-zagadki-przeszlosci/

poniedziałek, 4 stycznia 2016

Noworoczne remanenty.

Początek roku to czas remanentów i podsumowań okresów ubiegłych, więc zaczynamy. 
Proponuję zacząć od wiedzy, która została uzupełniona, bądź też wcześniej przeoczona przeze mnie w trakcie pisania.

   I tak zaczynając chronologicznie należy cofnąć się do tematu Kupferhammer poruszonym w niniejszym blogu link 
We wspomnianej kolonii raczej nie były produkowane młotki miedziane - przynajmniej na taką informację się nie natknąłem. Istnieją jednak informacje o znajdowanych tam różnych przedmiotach zarówno użytkowych, jak i ozdobnych. Czytelnik może o tym przeczytać w archiwalnym wydaniu Tygodnika Łobeskiego nr 02 z 15.01.2013 r. Właścicielem jednej z kuźni położonej na tzw. "Czarcim młynie" był Louis Puchstein ( Łabuź 31/1999 grudzień "SPACER PO ŁOBEZIE W ROKU 1880 podjęty przez Dietera Frobel" cz. II).

    Trzymając się chronologii poruszam następny temat "Tajemnice Łobza"  
W kwestii "obozu" za ulicą Wojska Polskiego najrozsądniej będzie chyba przyjąć tezę, że miejsce to pełniło bardzo różne funkcje, od obozu jenieckiego poprzez miejsce pobytu robotników przymusowych, volksdeutschy nie darzonych zaufaniem Niemców, jak i niemieckiego wojska w tym marynarzy.
 Pobyt tych ostatnich łączyłem z torpedownią na jeziorze Stara Dobrzyca. Czy był to ośrodek testujący nowe rodzaje torped tego dokładnie nie wiadomo. Na pewno tak. Należy tu wspomnieć bowiem, że w pobliskim Resku mieściła się szkoła dla torpedystów - Torpedoschulle II Regenwalde, na Starej Dobrzycy natomiast ćwiczyli jej słuchacze. Stąd też zapewne owa montownia torped położona w łobeskiej parowozowni nieopodal stacji PKP. O wspomnianej szkole można
przeczytać nieco na forum ubootwaffe.pl link Natomiast o znajdowanych w Resku torpedach we wspomnianym wcześniej Tygodniku Łobeskim, a konkretnie numerze 52 z 22.12.2008 r na stronie 10.  W tym tygodniku można także znaleźć więcej na temat obozów.

    Temat Łobeski odcinek "Odry".  Wiele osób zostało tym tematem zaskoczonych z powodów możliwości działania takiej organizacji. Tymczasem lokalna prasa sama podaje zbieżne informacje. I tak na przykład znowu Tygodnik Łobeski w numerze 43 z 25.10.2011 r  podając informację o działalności IPN (sygn. akt S 20/10/Zn) pisze o zamordowaniu Franciszka F, Józefa Sz, Józefa H, Feliksa F oraz nieznanego z nazwiska żołnierza radzieckiego przez funkcjonariuszy niemieckich. Odmówili oni bowiem ewakuacji. Takie działanie pokrywa się z tym co pisałem o "Odrze". Znowu w późniejszym numerze 34 z 21.08.2012 r przytacza informację, że: Franciszek Cybiela, Franciszek Czajka i Józef Wasiewicz z Mieszewa zostali aresztowani przez gestapo za przynależność do tajnej organizacji. Cóż temat na pewno trzeba drążyć, a każda informacja jest na wagę złota.

  Wzgórze Nazwa zinterpretowana przeze mnie jako "Wzgórze Kata" została już dawno przetłumaczona przez panią Gabrielę Rutkowską lepiej i bardziej profesjonalnie. Po prostu oznacza ono "Wzgórze Wisielców". Labuź Niestety nieistniejący już Prowincjonalny Okazjonalnik Literacki w numerze 29.1999 z czerwca w artykule "SPACER PO ŁOBEZIE W ROKU 1880 podjęty przez Dietera Frobel" pisze między innymi tak (pisownia oryginalna):
Idąc dalej przechodzimy obok domu sklarza pana Reinholda Wickela. Zaglądamy również na podwórko właściciela młyna pana Augusta Schwarza później Krügera. Na podwórku stoją urządzenia do sortowania i przygotowywania pasz. Pan Swarz przy górze wisielców - ulica Beutlerstraße posiada wiatrak.
 Ze swej strony dodam, że w internecie można było znaleźć zdjęcie pocztówki z 1902 roku przedstawiające budynek dworca łobeskiego i właśnie w oddali stojący jeszcze ów wiatrak. Niestety adresu strony nie mogłem potem odnaleźć. Wzgórze owo było w ogóle nie zadrzewione.

    Suplement do Tajemnic Łobza Teren dawnej sali gimnastycznej - dziś plac zabaw dla dzieci. Pogłoski o spaleniu jej zawartości w postaci dóbr materialnych okazują się przynajmniej w znacznym stopniu wyssane z palca. Cała zawartość hali została przekazana do Szczecina - dokumentacja powinna być w archiwum wojewódzkiej Policji. - za Tygodnik Łobeski nr 11 z 06.03.2010.

(Zdj. To co wychodzi podczas miejskich inwestycji)

   Będąc przy tematyce historycznej przedstawiam na zdjęciu powyżej efekty inwestycji miejskich, a ściślej to co leży przy okazji prowadzenia wykopów. Z lewej strony rączka od zwykłej łyżeczki do herbaty. Znaleziona w pobliżu dawnego obozu przy ulicy Węgorzyńskiej.  Mógłbym jej nie podejrzewać o przynależność do jakiegoś robotnika przymusowego lub jeńca, ale podobne w kształtach są eksponowane po różnych obozach. Z prawej kilka porcelanowych kapsli od butelek, znalezionych w różnych miejscach, na jednym z nich można odczytać sygnaturkę łobeskiego browaru.

   Kilka ciekawostek nie związanych z żadnym tematem:

(Zdj. Chmury pionowe z uwagi na silne prądy wstępujące mogą być wdzięcznym tematem obserwacji)


(Zdj. Obydwa zdjęcia przedstawiają dramat gnojaczka)

(Zdj. Oleica - jeden z jej gatunków)

    Przedstawiony na zdjęciu owad z rodziny chrząszczy to Oleica, Ciekawostką jest choćby to, że wytwarzano z niej ... muchę hiszpańską - popularny niegdyś afrodyzjak. Nie polecam jednak konsumować owada choćby w celach poznawczych. Dawka, jaką zawiera jeden owad jest dawką śmiertelną, zaś wspomniany afrodyzjak służył też jako trucizna.

(Zdj.Sielski widok pełnej współpracy)

(Zdj. Ciekawy w kształcie kamień przypominający mapę Polski)

   Na koniec muszę się pochwalić, że zostałem doceniony przez portal informacyjny http://lobez24.pl/ .
Za życzliwość serdecznie dziękuję.
                              

środa, 4 listopada 2015

Hipoteza na temat Staatsarchiv Stettin.

  Jak mam opisać to miejsce, by zaraz nie ruszyli tam domorośli poszukiwacze, dla których znaleziska będą jedynie wartością, jaką można uzyskać na aukcjach internetowych? Jak posklejać w całość to co zostało mi opowiedziane, a niestety rozmówca już mojej wiedzy nie uzupełni?
Opisane miejsce pozostanie anonimowe, ludzie też.
Zaznaczyć należy, że podnoszone przeze mnie zagadnienie jest tylko jedną z wielu możliwych hipotezą.
Zacznijmy zatem od początku. Wydarzenia nas interesujące zostały zapoczątkowane  14 lipca oraz 13 i 15 sierpnia 1943 roku. Tutaj (klik) możemy przeczytać o okolicznościach ewakuacji części Staatsarchiv Stetin. Zacytujmy tu tylko fragment:
 „14 lipca oraz 13 i 15 sierpnia 1943 roku ze Staatsarchiv Stettin wyjechało łącznie "5 wozów meblowych cennych akt o wielkim znaczeniu historycznym i politycznym". Ich celem był oddalony o 90 km na północny wschód majątek Bonin, gdzie archiwalia miały zostać ukryte w bliżej nieokreślonym miejscu - najprawdopodobniej zakopane w ziemi na terenie zespołu dworsko-parkowego należącego niegdyś do Viktora Poraka”.
 Dalej we wspomnianym artykule jest mowa o zeznaniach bonińskiego autochtona, który opowiedział funkcjonariuszom UB o nocnym postoju ciężarówek i ich porannym wyjeździe. Nie wiedział jednak czy wyjechały puste, czy załadowane.
Zastanówmy się w tym miejscu czy we wspomnianym okresie Niemcy mieli powody by zakopywać swoje archiwa lub dzieła sztuki.
Nie powodów do zakopywania zwłaszcza na wsiach, których alianci nie bombardowali, nie było. W zamyśle niemieckich władz wojska radzieckie nie miały prawa przekroczyć linii Wisły, choć w tym okresie w ogóle o takim prawdopodobieństwie nie myślano. Budowany właśnie Wał Atlantycki miał z kolei zatrzymać zachodnich aliantów na plażach Francji. Kilka dni wcześniej przed wspomnianymi wydarzeniami zaczęła się wprawdzie Operacja Husky, ale lądowanie aliantów na Sycylii niczego jeszcze nie przesądzało.
Idąc tym tropem rozumowania dojdziemy do wniosku, że archiwalia albo zostały złożone w bonińskim majątku lub też czego nie można wykluczyć zdeponowane w łobeskim banku, którego skarbiec był miejscem niezwykle trudnym do zniszczenia. Jest raczej pewne, że we wspomnianym okresie zakopywania bezpośrednio w ziemi nie podejmowano.

(Zdj. Dzisiejsze okolice dawnego łobeskiego banku.)

Ani linia Wisły, ani Wał Atlantycki nie zatrzymały wojsk idących ze wschodu i zachodu.
Przenieśmy się zatem do roku 1945 tuż przed przejściem przez ziemię łobeską frontu.
Zachowanie Niemców typowe dla tego typu działań, wielokrotnie opisywane w literaturze.
Jest noc najprawdopodobniej między styczniem a marcem w jednej z rozrzuconych po powiecie łobeskim wsi. W ciemnościach nocy rozlega się warkot kolumny samochodów. Przywieziona tu na roboty przymusowe kobieta (nazwijmy ją umownie panią X) pomimo surowego zakazu wygląda przez zaciemnione okno¹.
Udaje jej się dostrzec stojące pod lasem ciężarówki oraz wynoszących i zakopujących skrzynie żołnierzy niemieckich. Trudno dziś ustalić do jakiej formacji należeli. Zima wówczas była surowa, więc albo przygotowali grunt pod schowek wcześniej, albo rzeczywiście bardzo im się spieszyło z ukryciem tajemniczego ładunku.
Czyżby to co ujrzała owa kobieta było dalszym ciągiem  zdarzeń związanych z konwojem jadącym w 1943 roku do Bonina w zmienionej już sytuacji wojennej?
Jednak wiedzę tę posiadłem nie tylko ja. Na terenie owej wsi prowadzono poszukiwania wspomnianych skrzyń. Nie mam wiedzy czy robiła to ówczesna SB czy może jednak jacyś eksploratorzy. Nie wiem też kiedy prowadzono owe poszukiwania. Niczego nie znaleziono.
Być może ówczesny sprzęt na to nie pozwalał.
Za tezą o zakopaniu rzeczy niemetalowych przemawia fakt, że wykrywacze metali bo z takim sprzętem szukano nic nie wykazały.
Jakie jeszcze tajemnice kryją ziemie Pomorza, Śląska, Ziemi Lubuskiej lub też Warmii i Mazur?

(Zdj. Co jeszcze kryją takie porozrzucane wsie? - Wieś na zdjęciu nie jest miejscem opisywanym powyżej)

ad1. Niestety nie wiem czy nocowała jak to najczęściej bywało w jakiejś obórce lub chlewiku, czy gospodarze udostępnili jej pokój w swoim domu.

Źródła: Miesięcznik "Odkrywca".  http://fakty.interia.pl/historia/news-tajemnicze-skrzynie-z-archiwum-miasta-stettin,nId,939481
           Opowiadania osób mających wiedzę na ten temat.

poniedziałek, 2 marca 2015

Suplement do "Tajemnic Łobza"

    Na prośbę czytelników powracam do tematu tajemnic Łobza. Nie będzie tego wiele, niektóre opisy postaram się uzupełnić, niektóre sprawy, które poprzednio zwyczajnie przeoczyłem pojawią się jako zupełnie nowe.
 
Zacznijmy od położonego za cmentarzem na terenie obecnych ogródków działkowych obozu jenieckiego, lub jak twierdzą inni obozu pracy (ja twardo upieram się przy obozie jenieckim).
Niewiele o nim wiadomo, czytelnicy pamiętają zapewne przedstawione przeze mnie zdjęcia znalezisk potwierdzających walki tam prowadzone. Były jednak i inne znaleziska. Monety francuskie z lat 30, metalowe kubki, miski do jedzenia i podobne rzeczy osobiste. Słowem nic cennego, jednak potwierdzające przebywanie tam ludzi. Starsi ludzie pamiętają stojące jeszcze od strony dzisiejszej ulicy Słonecznej drewniane baraki. Osobiście natomiast zapamiętałem stojące głównie przy dzisiejszej drodze prowadzącej do oczyszczalni ścieków betonowe bunkry – tak to nazywaliśmy i tak one wyglądały, choć bez szczególnie grubych ścian. Można je uznać za instalacje typowo strażnicze. Niektórzy postawili potem na nich altany ogrodnicze i tak pewnie przetrwały do dziś jako piwniczki. Może opiszę zapamiętany wygląd, otóż: Były to obiekty kształtu prostokątnego, oparte dłużą ścianą o skarpę, od czoła natomiast znajdował się otwór coś jakby na drzwi lub większe okno, w górnej części okrągły otwór. I to wszystko tak więc konstrukcja prosta.
Co do spraw obozowych przechodząc od obozu jenieckiego do obozów pracy warto wspomnieć, że konwencje międzynarodowe zezwalały na zatrudnianie jeńców - pod pewnymi rygorami, lub na prośbę takowych. Rygorów tych Niemcy nie przestrzegali wobec ludności przywiezionej tu na roboty przymusowe. Co do obozów pracy na pewno jeden funkcjonował w okolicach dzisiejszej krochmalni. Było to uzasadnione o tyle, że bliskość wielu zakładów, jak choćby owa krochmalnia, młyn oraz fabryka drutu ogrodzeniowego (w domyśle kolczastego), a więc produkcja typowo militarna) – dzisiejszy Drut-Pol

(Zdj. Czy tędy więźniowie maszerowali do pracy?)

(Zdj. Czyżby jednak poobozowa pozostałość?)

Spróbujmy pociągnąć temat obozów pracy. Arbeitsamt w Nowogardzie, któremu podlegały placówki w Łobzie, Resku, Gryficach, Goleniowie oraz Trzebiatowie był obowiązany kierować ludzi do pracy w fabryce amunicji w Mostach (niem. Speck) k. Goleniowa. Początkowo pracowali w niej Niemcy, jednak z chwilą przybywania robotników przymusowych byli oni kierowani do pracy w tej fabryce. Zainteresowanych odsyłam do opracowania Józefa Kazaneckiego „Fabryka amunicji w Mostach” Link
Dość powiedzieć, że warunki pracy były tak fatalne, że do dziś nikt nie jest w stanie stwierdzić ile ofiar pochłonęła produkcja rozpiętość jest od setek do tysięcy – szczególnie duża wśród kobiet przywiezionych z ZSRR. Na stronach internetowych, o ile nie szukałem źle ciężko znaleźć cokolwiek na temat obozu jenieckiego lub obozów pracy w Łobzie. Czyżby więc Niemcy mając na sumieniu odsyłanie ludzi do tamtej fabryki milczeli o obozach? Tu wyjaśnienie: Nowogardzki Arbeitsamt nie nadążał z dostarczaniem rąk do pracy tej fabryce. Podejrzewa się również o eksperymenty z produkcją reaktora atomowego i de facto bonią atomową. Tu historia zazębia się z innym tematem poruszonym przeze mnie. Mianowicie dotyczy to organizacji „Odra” działającej na terenach niemieckich. Oczywiście trudno tu dywagować czy łobeska „Odra” mogła mieć coś wspólnego ze sprawą, o której za chwilę, ale inne jej człony na pewno tak. Alianci dowiedzieli się o fabryce. Bomby jednak spadały w próżnię, gdyż załogi bombowców nie widziały w ogóle fabryki. Byli tak zdesperowani, że w końcu zaczęły z samolotów spadać ulotki z pogróżkami, że jeśli nie uda im się zniszczyć fabryki zrównają z ziemią cały Goleniów. Po przejściu frontu okazało się, że cały teren fabryki był pokryty siatką z nałożonymi metalowymi atrapami liści.
Oprócz wspomnianej przyczyny może być i taka jak na poniższym zdjęciu – sprawa dotyczy obozu koncentracyjnego w Dachau i śmierci, zapewne nienaturalnej 41 letniego mężczyzny wywiezionego z terenu naszego powiatu.
Link 




Poruszmy temat lotniska, o którym zarówno słyszałem, jak i o które byłem pytany, a o którym nic kompletnie nie wiem. Miałby to być teren tuż za obecną stacją benzynową przy drodze Łobez-Węgorzyno, po lewej stronie, choć moim zdaniem bardziej adekwatny byłby teren tuż za obecnym pomnikiem upamiętniającym walki 6 marca. Na pewno nie było to lotnisko typowo bojowe. Jeżeli funkcjonowało ono w czasach wojny – jest to teren zbyt mały, ponadto lotniska w Drawsku Pomorskim (Me -109 i Fw -190) oraz Płotach (Me-110) załatwiały sprawę obrony przeciwlotniczej. Ponadto samoloty niemieckie wymagały zbyt starannej obsługi, nie mówiąc o naprawach by je w ten sposób rozpraszać, komplikując tym samym logistykę obsługi. Jeżeli już to obstawiam, że mogły co najwyżej lądować samoloty typu Fieseler - 156 Storch, jeżeli było to lotnisko czasu wojny, jeżeli teren był natomiast wykorzystywany po wojnie to oczywiście Polikarpow Po-2 albo jego licencyjne odmiany S-13/CSS-13.Te ostatnie zresztą lądowały po wojnie z okazji jakiegoś festynu na terenach położonych gdzieś w okolicach krochmalni.
Co do pierwszego miejsca to muszę przyznać, że w pobliskim zagajniku podczas grzybobrania na skraju lasu znalazłem kawałek powyginanej blachy aluminiowej wielkości ok 30x30 cm, na której widniały resztki farby koloru ciemnego khaki. Mogło to być cokolwiek, ale na pewno nie część poszycia samolotu. Wspomniane samoloty poszycia metalowego nie miały. Blachy nie zabierałem bo żelastwa generalnie nie zbieram, a w kategoriach ekonomicznych znaleziska nie myślałem.


(Zdj. Tereny okolic domniemanego lotniska.)

Skoro już jesteśmy przy tematyce lotniczej to udało się częściowo rozszyfrować sprawę domniemywanej poprzednio jednostki radiotechnicznej Na pewno istniała kompania meldunkowa na dworcu łobeskim  - pozycja Siewka – rozwiązana w czerwcu 1944r. (13. Flugmelde-Leit Kompanie at Bahnhof Labisch/Regenwalde (Stellung "Regenpfeifer") (new); disbanded 6.44).  Link

(Zdj. Schron lub pomieszczenia magazynowe nieopodal dworca PKP.)

Dzisiejszy plac zabaw dla dzieci. Przed wojną stała tu sala gimnastyczna. Zaraz po wojnie stała zapełniona wszelkimi dobrami typu maszyny do szycia, maszyny do pisania, bele materiału. Spłonęła pewnej nocy w dość tajemniczych okolicznościach. Domysły na temat jej zniszczenia są różne, od posądzania przedstawicieli MO/UB, żołnierzy sowieckich, zwykłych szabrowników po mityczny werwolf. Jak było naprawdę dziś już chyba nie da się ustalić.

(Zdj. Teren byłej sali gimnastycznej.)

Gdzieś około połowy lat 70 ubiegłego wieku. Jedynym hotelem w Łobzie był obecny hotel Słowiański przy obecnej ulicy Niepodległości (ówczesna B. Bieruta). Tak więc siłą rzeczy odwiedzający nasze miasto Niemcy mieli tylko jeden wybór, jeśli chodzi o zatrzymanie się.
Dla wielu z nich były to podróże sentymentalne, często dobierali sobie też miejscowych przewodników z jakichś powodów im znanych i znających język. Tym razem jednak para, o której piszę była sama.
 Dzień jest piękny słoneczny, nie taki jak na zdjęciach, nie wiem już jaki dzień tygodnia. Dość młody Niemiec spacerujący wraz z towarzysząca mu kobietą idzie od strony hotelu w kierunku skrzyżowania tuż za budynkiem sądu. Za tym budynkiem rozkłada jakiś papier dość dużych rozmiarów i tu jego nogi tracą spokój. Przechodzi przez przejście dla pieszych na drugą stronę ulicy i trzymając ów papier przed oczami wręcz zaczyna biec przez trawnik nieopodal ówczesnego samolotu. Jego zachowanie jest dosyć nerwowe. Dogania go towarzysząca mu kobieta, łapie go za rękę i siłą zatrzymuje, po czym dosyć nerwowo mu coś tłumaczy. Czym takim dysponował ten mężczyzna, co takiego skłoniło ich do takich nerwowych zachowań? Osobiście podejrzewam, że być może kolejne inwestycje miejskie odkryją zagadkę, ale jest to moja osobista opinia.

(Zdj. Widok na miejsce dziwnego zachowania niemieckiej pary.)

Teren niedokończonej inwestycji tuż nieopodal promenady i ul Rzecznej. Kiedy nie nawieziono ziemi i nie był tak podniesiony do góry to jeszcze o ile dobrze pamiętam w latach 90 ub. wieku płonęły tu znicze. Tak w tym miejscu jest minimum 7 grobów ofiar „wyzwolicieli”. Kim wszyscy byli nie wiem. Wiem o jednym pochowanym tam mężczyźnie, o którym mówiono wówczas „Jugosłowianin”, ale jakiej konkretnej narodowości był, nie mam pojęcia. Został pochowany doraźnie przez żonę Polkę i tak już został. O pozostałych nie mam kompletnie żadnej wiedzy. W związku z tym miejscem zaczęło funkcjonować coś co można określić mianem „urban legend”, a mianowicie, że jest tam zakopane złoto. Brednia. Pomijając fakt, że obok grobów funkcjonowały ogródki działkowe i nikt nic nie znalazł, a jeśli znalazł to nic nie ma. Legenda miejska mogła zrodzić się z innej przyczyny. Buszujący po Łobzie czerwonoarmiści według relacji świadków mieli kieszenie dosłownie wypełnione złotymi precjozami. Pozwala to jedynie przypuszczać, że w którejś lub większej liczbie mogił spoczywają także czerwonoarmiści.

(Zdj. Widok od strony promenady.)

(Zdj. Widok od strony ul. Rzecznej.)

Zatopiony czołg. Sprawy zatopionych czołgów zawsze i wszędzie wywołują pobłażliwy uśmiech rozmówcy lub na forach internetowych. Niemniej jednak faktem jest, że zarówno Sowieci jak i Niemcy stosowali podobną taktykę. W przypadkach braku paliwa, okrążenia lub podobnych zdarzeń jeśli mieli w pobliżu jakikolwiek zbiornik wodny wrzucali wsteczny bieg, by kierowca mógł wyskoczyć z pojazdu i tak go zatapiali. Dodatkowo często robili doraźne pułapki w postaci zawieszonego pocisku, tak aby spadł i eksplodował w momencie otwarcia włazu wieżyczki.
Istnienie zatopionego czołgu w stawie przy drodze Łobez – Unimie relacjonuje wiele nieznających się osób, więc coś na rzeczy było. Nie zmienia to jednak faktu, że owego czołgu już nie ma. Sam muszę szczerze przyznać, że nie wiem czy wystającą lufę owego czołgu pamiętam czy po prostu działa sugestia innych. Zwyczajnie byłem zbyt mały by to dobrze zapamiętać. Natomiast nie pamiętam, który mógłby to być zbiornik wodny. Wybór jest niewielki są tylko dwa możliwe stawy.
W jakich okolicznościach ów czołg się tam znalazł nie wiadomo.

(Zdj. Czy w stawie za tym lasem tkwił zatopiony czołg?)

(Zdj. jedno z dwóch typowanych.)

(Zdj. Te dwa jeziorka można typować jako miejsce zatopienia - źródło mapy bing.)

 Ciekawostka. Nie jest dla nikogo tajemnicą, że przedwojenny Łobez słynął z ilości zakładów szewskich, oraz rzemiosła garbarskiego. Takie banknoty regionalne znalazłem na jednej z aukcji francuskich. Link

(Zdj. Ciekawostka z francuskiej aukcji.)

Odpowiedzialność. A raczej jej brak. Te zdjęcia otrzymałem od anonimowego internauty i muszę przyznać, że potrafił mi je przekazać, po mistrzowsku się kamuflując. Nie o to jednak chodzi. Internauta ów wg jego relacji nie zabrał żadnej z tych rzeczy, ale zrobił zdjęcia telefonem po czym... uciekł.
Jedne zdjęcia przedstawiają ładownicę niemiecką od Mausera 98k według relacji internauty nie zawierała amunicji.
Drugie zdjęcie przedstawia granat trzonkowy niemiecki M 43 – internauta błędnie opisał go jako minę typu żabka. Trzonek na pewno zbutwiał.
Nie zawiadamiał Policji bo jak się wyraził nie ufa im. Nie świadczy to dobrze o naszych stróżach prawa, ale apeluję, wzywajmy ich jednak w przypadku takich znalezisk. Granat wyraźnie jest nieodbezpieczony i potencjalnie bardzo niebezpieczny.
 Żałuję, że nie została mi podana dokładniejsza lokalizacja. Jest to gdzieś w lesie pomiędzy Świętoborcem, a Boninem, całe znalezisko wyryły dziki. Miejmy nadzieję, że odnajdą to służby leśne.



(Zdj. U góry i u dołu ładownica od Mausera 98k.)

(Zdj. Niemiecki granat trzonkowy M43.)


 Na tym kończę cykl „tajemnic”. Ewentualne nowe zdobyte wiadomości postaram się zamieszczać sukcesywnie.

P.S.
Już po publikacji niniejszego materiału dowiedziałem się, że obóz pracy przy ulicy Węgorzyńskiej znajdował się po lewej stronie w okolicach ul. Odnoga Węgorzyńska, Łąkowa, dziś to tereny zabudowane w rękach właścicieli prywatnych.