Polecany post

Łobeski odcinek "Odry".

       D ziało się to w okupowanej Warszawie, zaraz po świętach wielkanocnych roku 1941. Mężczyzna przebywający w jednym z zakonspirowan...

poniedziałek, 14 lipca 2014

Elektrownia na Brzeźnickiej Węgorzy

     No właśnie elektrownia czy młyn? Zdania są podzielone. Według mojej wiedzy opartej na opowiadaniach ludzi pamiętających okoliczną osadę była to elektrownia. Na starych mapach niemieckich zabudowania są oznaczone jako młyn. Być może, że z czasem zmieniło się po prostu przeznaczenie budowli. Zapamiętane przeze mnie osłony turbin również przemawiają za elektrownią. Ponadto opierając się na analizie porównawczej budynki były zbyt małe jak na młyn. Zadaniem elektrowni było wg relacji  zasilanie tartaku położonego w osadzie Lesęcinek (niem. Lessenthiner).
Miejsce na pewno jest warte odwiedzenia. Kiedy jeszcze funkcjonowała w sąsiedztwie budowli drewniana kładka można było  dopatrzyć się po lewej stronie brzegu bardzo ciekawej rzeczy. Mianowicie już w odległych czasach pomyślano o przepławce dla ryb, co nawet dzisiaj nie jest powszechną praktyką przy okazji stawiania elektrowni wodnych.
Zastane na miejscu ślady świadczą o obecności wędkarzy. Ale rzeka ma walory nie tylko wędkarskie. O jej zaletach przyrodniczych, krajobrazowych czy turystycznych można dowiedzieć się z internetu.
Wracając zaś do samej elektrowni to szum wody, śpiew ptaków gąszcz zieleni na pewno działa kojąco na codzienne zabieganie oraz daje wytchnienie w czasie upałów.
Zapewniam jednak, że miejsce to warto odwiedzić o każdej porze roku.

Dojazd: Jadąc drogą nr 151 z Łobza w kierunku Węgorzyna można zaparkować pojazd przy starym moście na Brzeźnickiej Węgorzy i przejść ok 500 m  w lewo leśną drogą przed mostem. Oczywiście rowerem możemy dojechać bezpośrednio.

Z gąszczu wyłaniają się ruiny dawnej budowli


 Widok od strony zbiornika wodnego

Tak teraz wygląda dawne wnętrze o konstrukcji ceglano - kamiennej.

Widok od strony odpływu wodnego

Zakole widziane z prawego brzegu

niedziela, 11 maja 2014

Pomnikowe przemyślenia


Niedawno 8 maja obchodzono pod „Pomnikiem Wdzięczności” 69 rocznicę zakończenia II Wojny Światowej w Europie. Jeszcze wcześniej obchodzono pod tym pomnikiem święto 3 maja, a jeszcze wcześniej obchodzono dzień 3 marca czyli 69 Rocznicę Wyzwolenia Łobza.
I znowu począwszy od tej ostatniej z wymienionych rocznic, pojawiły się i zapewne będą pojawiać liczne kontrowersje.

 (Zdj. Obecny widok na Pomnik Wdzięczności)

Dotyczą one głównie pojęcia tzw „wyzwolenia”. Przyznam, że ja sam także pisałem wspominając 68 rocznicę w tym kontekście. Nie oznacza to jednak, że zamierzam się z wcześniejszych słów wycofać. Nie było moim celem gloryfikowanie Armii Czerwonej, a jedynie uwidocznienie sensu znaczenia słowa „wyzwolenie” z punktu widzenia ludzi będących niewolnikami przywiezionymi tu na przymusowe roboty. Te wydarzenia pozwoliły tym ludziom zaczerpnąć choć na chwilkę powiewu wolności. Z tego względu uważam, że wolno mi było tak napisać. Nie chodziło bowiem o wyzwolenie Polski, a tym bardziej tych ziem.
Wątpliwości budzi we mnie obchodzenie „Dnia Zwycięstwa”. Bo czy można mówić o zwycięstwie, wobec braku pełnej niepodległości i ponad czterdziestoletniego pozostawania pod wpływem ZSRR? Na pewno nie. Wizję Polski w gronie państw - zwycięzców wykreowano w czasach minionych i jak widać przylgnęła ona mocno. Tak naprawdę to wojnę tę przegraliśmy.
 
Co do samego pomnika to również wzbudza on w mieszkańcach Łobza mieszane uczucia. O ile zastrzeżeń nie budzi postać słowiańskiego woja, to stojąca nad nim postać umundurowana na wzór stosowany w Armii Czerwonej już tak. Niestety postać ta nie posiada oznaczeń przynależności państwowej więc ciągle toczą się dyskusje czy jest to żołnierz sowiecki czy polski, z armii maszerującej ze wschodu. Czy nie można by zatem raz na zawsze uciąć dyskusji modernizując ten pomnik tak, aby znaki przynależności państwowej żołnierza się pojawiły choćby w postaci stosowanego wówczas orła bez korony. Niestety wszyscy mamy tendencje do uproszczeń i często żołnierzy I czy II Armii Wojska Polskiego wymienia się tak jakby to oni byli winni osadzenia w naszym kraju komunizmu. Takie pojmowanie sprawy uważam za zwyczajną bzdurę. 
 
Myślę, ze uznając pomnikową postać za żołnierza polskiego nie należy go demonizować.
Dlaczego?
Przytoczę fragment mało znanej Ulotki Delegatury Sił Zbrojnych na Kraj, dotyczącej marszałka Michała Żymierskiego (Pisownia oryginalna).
 
Czyny wojenne Żymierskiego ? - owszem są. Oto jako naczelny dowódca "wojska polskiego" dopuścił się potwornej masakry swoich armii, z których 1-sza armia w niedawnych walkach z Niemcami na Pomorzu poniosła 60 % strat ! Tyle krwi polskiej kosztowała buława Żymierskiego !

Masakra pomorska świadczy najwymowniej, że Żymierski jest tylko manekinem w rękach dowództwa sowieckiego, a nieszczęsna formacja polska pod jego dowództwem niedostatecznie wyposażona w lotnictwo i broń pancerną, nie stanowi żadnej samodzielnej siły zbrojnej, a jest jedynie żywą siłą ludzką, zużywaną dla potrzeb Rosji.

"Naczelny dowódca" nie umiał zapewnić swojemu wojsku dostatecznego wyszkolenia bojowego przed wysłaniem na front. Podobnie nie umie zapewnić wojsku dostatecznego zaopatrzenia. Serce kraje się na widok żołnierzy Polaków, obdartych i proszących o kawałek chleba. Na stanowiska dowódców mianuje się pod pozorami demokratyzacji - wypędków i przestępców, godnych zaiste "naczelnego dowódcy", a przynoszących ujmę korpusowi oficerskiemu.

Nad "wychowaniem" i całym życiem żołnierzy Żymierskiego czuwa... rosyjska kontrola polityczna, która przeprowadza w wojsku liczne aresztowania i zsyłki do ciężkich robót. W mundurach oficerów polskich chodzą typy, nie umiejące mówić po polsku. "Naczelny dowódca" syt zaszczytów i "chwały", zasłania swoją osobą całe to upodlenie i poniewieranie imienia polskiego żołnierza, a grabiących Polskę generałów rosyjskich, z uszczerbkiem dla godności narodu, odznacza orderem Virtuti Militari, plamiąc to nasze najwyższe wojskowe odznaczenie.
 
Jak więc widać za żołnierzem tym ujęły się władze w Londynie o czym wielu ludzi gorliwie deklarujących antykomunizm zapomina.
W świetle tej ulotki, nie powinniśmy zatem niżej oceniać żołnierza polskiego niż czyniły to władze londyńskie, obojętne, z której strony by tu nie przyszedł.
 
Przy okazji porządkowania i niewątpliwego poprawienia wizerunku okolicznego parku zapomniano niestety o pomniku. Rację mają specjaliści, którzy twierdzą, że dzisiaj pomniki - monumenty wyszły z mody i mało kto zwraca na nie uwagę. Dzisiaj na oglądającym większe wrażenie wywiera operowanie krajobrazem, światłem i podobnymi technikami. Może więc już pora, aby podobnie postąpić z naszym pomnikiem przeprojektowując otoczenie i jednocześnie dodając w jego obecności elementy upamiętniające i golgotę Polaków na wschodzie i tułaczkę na zachodzie, wysiłek oraz martyrologię Polaków będących w kraju i może dramat służących w obcych armiach – bynajmniej nie chodzi tu tylko o tych z Wermachtu, ale też np. tych walczących z przymusu w Wojnie Zimowej pod sowieckimi sztandarami.

(Zdj. Zdjęcie przedstawia wygląd opisywanego miejsca ok. roku 1956. Zdjęcie pochodzi z moich zbiorów prywatnych).

Na koniec mała uwaga. Jakoś Francuzi nie mają u siebie problemu ze stojącymi u nich do dzisiaj pomnikami postawionymi przez władze Pruskie a upamiętniającymi ich zwycięstwa nad Francuzami w końcu XIX wieku. A przecież mienimy się przynależnymi do kultury zachodniej.

Źródła: http://pl.wikisource.org/wiki/Ulotka_Delegatury_Si%C5%82_Zbrojnych_na_Kraj,_dotycz%C4%85ca_marsza%C5%82ka_Micha%C5%82a_%C5%BBymierskiego_%281945%29

czwartek, 13 lutego 2014

Łobeski odcinek "Odry".

       Działo się to w okupowanej Warszawie, zaraz po świętach wielkanocnych roku 1941. Mężczyzna przebywający w jednym z zakonspirowanych lokali sięgnął po dokument przekazany mu przez Wydział V ZWZ odpowiedzialny za łączność.
Zapewne generał Stefan Rowecki - Grot bo on był owym tajemniczym mężczyzną nie zdawał sobie sprawy, że zapoznaje się z kryptonimem jednej z najbardziej tajemniczych organizacji konspiracyjnych, która do dzisiaj pozostaje zagadką.

„Odra” bo tak brzmiał kryptonim owej organizacji w momencie gdy generał Grot zapoznawał się z tą nazwą  działała już od roku 1939.
Najprawdopodobniej od tego momentu lub nieco wcześniej wydział łączności ZWZ zorganizował regularną łączność z tą organizacją, która choć nie podlegała AK to jednak bardzo ściśle z nią współpracowała. Współpraca ta odnosiła się także do organizacji „Gryf Pomorski”. Z samego założenia miała ona zresztą podlegać władzom wojskowym Polskiego Państwa Podziemnego.
  Zaginęły w mrokach wydarzeń okoliczności jej powstania. Za jej twórcę uważa się wybitną postać Witolda Dzierżykraj – Morawskiego, niektórzy publicyści zaś negują jego osobę jako twórcę – moim zdaniem przytaczając słuszne argumenty – płk dypl. Witold Morawski (pseudonim Konrad Wallenrod ) został dowódcą organizacji dopiero później, niestety swoją działalność przypłacił śmiercią w obozie koncentracyjnym Mauthausen.
 (Zdj. Witold Morawski – źródło Wikipedia)

   Najważniejsze działania tej organizacji, której pełna nazwa brzmiała: Polska Armia Podziemna „Odra” obejmowały: 

  •  Prowadzenie wywiadu – rozpracowywanie obiektów wojskowych, jednostek, administracji, transportu, gospodarki etc.
  •   W miarę możliwości przygotowanie wojskowe jeńców i robotników przymusowych na wypadek konieczności obrony, gdyby Niemcy próbowali dokonać „likwidacji” tak obozów jenieckich, jak i obozów pracy. Na wypadek konieczności wystąpienia zbrojnego zbierano i magazynowano broń i wyposażenie oraz środki łączności pozyskiwane bądź to od Niemców bądź ze skrytek pozostałych po Armii Pomorze.
  •  Dbałość o morale jeńców wojennych jak i polskiej ludności cywilnej wywiezionej na roboty  poprzez kolportaż ulotek informacyjnych i nasłuch radiowy – informowanie o wydarzeniach.
  •  Pomoc i opieka osobom zbiegłym z obozów i wywózek.
  We wspomnieniach pojawiają się także informacje o akcjach dywersyjno – sabotażowych.
Struktura organizacyjna jest dosyć trudna do ustalenia. Chyba najrozsądniej będzie przyjąć, że Polska Armia Podziemna „Odra” obejmowała następujące struktury:
  • Polska Organizacja Wojskowa prowadząca działalność głównie w obozach jenieckich zarówno tych dla oficerów jak i pozostałych żołnierzy.
  • Bataliony „Odra”
Fizycznie organizacja obejmowała następujące ośrodki o kryptonimach:
  • Kurniki – obozy jenieckie dla oficerów (oflagi)
  • Gołębniki – obozy jenieckie dla żołnierzy (stalagi)
  • Mrowiska – skupiska robotników przymusowych i ludności cywilnej.
Więcej na temat organizacji struktur  można przeczytać w podanych na końcu źródłach.

W 1941 roku swym zasięgiem organizacja "Odra" obejmowała skupiska ludności przebywającej w powiatach: szczecineckim, wałeckim, łobeskim i białogardzkim. Inne jej ogniwa działały w  Szczecinie a nawet sięgnęły Zielonej Góry.
Dekonspiracja „Odry” nastąpiła ok. połowy roku 1944, a jej okoliczności są nadal bardzo niejasne.  Nie doprowadziła ona jednak do całkowitego rozbicia „Odry”, a jedynie  wywołała  głębsze zakonspirowanie się tej organizacji.
Niezwykłość „Odry”  polega na tym, że powstała i skutecznie działała na obcym terenie, w warunkach braku przychylności wśród miejscowej ludności i to od pierwszych miesięcy wojny, w warunkach całkowitej izolacji od rodzinnego kraju.

   Czy jednak jeszcze coś innego niż wspomniana działalność w skupiskach ludności polskiej w tym wymieniona wzmianka na temat powiatu łobeskiego łączy tamte odległe w czasie wydarzenia z Łobzem? Tak jest jeszcze coś co moim zdaniem zasługuje na bardzo szczególną uwagę i pamięć.

 Sięgnijmy do książki „Kryptonim Odra” autorstwa Jana Nowaka* (pseudonim Skrzydło), który w stopniu podporucznika był dowódcą  batalionu specjalnego „Odra” . Czytamy m.in. „ R-25 z Koszalina donosił, że batalion POW w Łobezie jest bardzo liczny i aktywny”.
  Skrót „R” oznacza „rezydenta” czyli osobę zajmująca się wywiadem, kim był nie wiadomo.

 Zauważmy jednak, że mowa jest o batalionie Polskiej Organizacji Wojskowej – bataliony były zbrojnym  ramieniem  tej organizacji. O dokonaniach tej organizacji na terenie powiatu łobeskiego niestety niewiele wiadomo.
Jest jednak pewien bardzo znaczący ślad. W jednej z łobeskich gazet ukazał się artykuł o śledztwach szczecińskiego oddziału IPN
    Czyżby więc zdarzenia opisane w artykule miały związek z działalnością osób przynależących do PAP „Odra”? Jeżeli tak było to informacja o aresztowaniach i morderstwach niemieckich w roku 1943 wskazywałaby, że Niemcy wpadli na ślad organizacji już wcześniej niż to się oficjalnie przedstawia, ale najprawdopodobniej nie skojarzyli z działalnością pozostałych ogniw „Odry” na innych terenach.

Tak niestety w tego typu dociekaniach jest, że pytania rodzą następne pytania.

 Czy historia odkryje przed nami rąbka swojej tajemnicy? Wielu wspaniałych ludzi związanych z tą organizacją na pewno odeszło, tutaj można jedynie liczyć na wspomnienia zapamiętane przez ich rodziny.
(Zdj. Widok na tereny byłego obozu jenieckiego, o którym niestety także bardzo mało wiadomo. W świetle wspomnień Jana Nowaka prawie na pewno mogły istnieć powiązania jeńców z „Odrą”)

       Chciałbym poruszyć jeszcze jeden aspekt tym razem powojenny związany z konspiratorami należącymi do PAP „Odra”. Podobno już w styczniu 1945 roku, także na terenie powiatu łobeskiego członkowie „Odry” zaczęli tworzyć „trójki repolonizacyjne”. Wyznaczano kandydatów na przyszłych burmistrzów, wójtów, komendantów milicji. Po przejściu frontu natomiast przejmowali wyznaczone zadania. Być może, że po przejściu frontu zachęcani tak jak to miało miejsce w przypadku członków „Gryfa Pomorskiego” w dobrej wierze wstępowali do MO i UB, nie przeczuwając obrzydliwej gry władz komunistycznych, które tą drogą dążyły jedynie do rozpracowania byłej konspiracji. Potem ludzi tych w zamian za szczere intencje i sumienne wykonywanie swoich obowiązków spotkały szykany, aresztowania i zwolnienia z pracy we wspomnianych służbach. Cóż, być może i w tym przypadku archiwa MO i UB także mogłyby coś niecoś naświetlić w sprawie „Odry”.
Tak więc ziemia łobeska kryje w sobie piękną kartę związaną z Polskim Państwem Podziemnym, kartę piękną, choć niezbyt znaną i niesłusznie zapomnianą. Kartę, która być może czeka jeszcze na ciekawe odkrycia.

      *Nie należy mylić tej osoby z Janem Nowakiem Jeziorańskim. Ppor. Nowak organizował batalion i dowodził nim do końca roku 1940.

Źródła:
  • Kryptonim „Odra” - Jan Nowak
  • Konspiracja Pomorska 1939-1947  – Krzysztof Komorowski
  • Biuletyn Kawaliera nr 4/2010 
http://bibliotekacyfrowa.eu/dlibra/docmetadata?id=3385&from=&dirids=1&ver_id=&lp=10&QI=

  • Bałtycka Biblioteka Cyfrowa - Konspiracyjna organizacja obozu Oflag. II. D. Grossborn
http://bibliotekacyfrowa.eu/dlibra/docmetadata?id=30232&from=pubindex&dirids=1&lp=5795

http://www.wppp.vel.pl/artykul.php?id=1319536925&gaz=tl


  Apel
  Chciałbym w tym miejscu zaapelować do wszystkich osób, których sercu bliska jest pamięć o naszej historii i tożsamości.
Upamiętnijmy w jakiś sposób pamięć o opisywanej Polskiej Armii Podziemnej „Odra” i jej batalionach działających na naszej łobeskiej ziemi. Organizacji wręcz fenomenalnej zawiązanej przecież na terenach niemieckich w środowisku wrogim i działającej od pierwszych miesięcy wojny. Upamiętnijmy ludzi, którzy w tej organizacji mieli odwagę działać i przeciwstawić się złu, upokorzeniu i gotowi byli w imię sprawy zapłacić najwyższą cenę. Ludzi, którzy niestety w wielu przypadkach pozostaną bezimienni.
Owszem Łobez nie był centralnym ośrodkiem tworzenia, czy też dowodzenia i działalności tej organizacji, ale nie znaczy to, że tej pamięci nie powinniśmy pielęgnować.
W naszym mieście wciąż funkcjonują takie nazwy ulic jak „Obrońców Stalingradu” - nie chcę snuć dysput czy słusznie czy nie, ale mamy rozpaczliwie mało ulic upamiętniających swą nazwą obrońców Polski. Kuriozalnym zaś jest fakt istnienia ulicy i osiedla im. H.Sawickiej – bojowniczki o uczynienie z Polski republiki radzieckiej. Nazwę Armii Krajowej nosi natomiast dość krótka peryferyjna uliczka miasta. Wiem zaraz podnoszą się głosy o kosztach operacji, ale ostatnimi laty powstało całkiem sporo pomników – obeliskiem kamiennym upamiętniono wreszcie Sybiraków, których liczna społeczność mieszka w naszym powiecie. Podobny obelisk nie byłby znów aż tak kosztowny, a w sytuacji, kiedy ciągle podnoszą się głosy o problemach z tożsamością mieszkańców tych ziem, świadczyłby materialnie, że pamiętamy o tych, którzy z tą świadomością problemów nie mieli, choć siłą zostali wydarci ze swych środowisk. Za swoją świadomość gotowi byli płacić cena najwyższą - życiem.

sobota, 21 grudnia 2013

Rozmowy przy wycinaniu lasu czyli wspomnienie lata.

 Las się wytnie, żeby posadzić kapustę. Kapusta przyciągnie zające z sąsiednich okolic. Zające przywiążą się do okolicy, kapusta się skończy, pójdą do sadów obgryzać korę z drzew. Sady zmarnieją - a o to głównie chodzi. Bo sady przynoszą same straty - przepisy nakazują tępić szkodniki, a trucizna jest droga, owoce trzeba zbierać, ludziom płacić, potem wymaga to transportu, a to też kosztuje, wymaga drogi bo po byle czym nie pojedzie. Tak mniej więcej tłumaczył pan siekierowy pozostałym drwalom. (Rozmowy przy wycinaniu lasu – TTV. Reż. Stanisław Tym).

 Obiecywałem sobie zakładając bloga, że żadnego uprawiania polityki nawet zahaczania o nią. Jednak to polityka zahacza o nas.
Nie wyszły plany prywatyzacji Lasów Państwowych, zrobiono więc zmianę planów zagospodarowania przestrzennego. Tym sposobem obywatele widzą od ładnych parę lat masową wycinkę lasów. Tereny robią się dosłownie łyse, wstępu do ogrodzonych upraw dla grzybiarzy i w ogóle ludności nie ma, areał terenów leśnych zastraszająco się kurczy.
Szkoda, że bierze się jedynie interes Lasów Państwowych i przedsiębiorstw przetwarzających i handlujących drewnem. Niejednokrotnie przecież jest to jedyne bogactwo gmin i powiatów, a nawet całych województw, dające nadzieję na przyciągnięcie turystów spragnionych wypoczynku. Brak umiejętności wykorzystania tego bogactwa przez wszelkie władze lokalne nie zobowiązuje jeszcze do jego dewastacji.

(Zdj. Jeszcze kilka lat temu było tak)
(Zdj. A tak jest teraz)

(Zdj. Tych modrzewi już nie ma)

(Zdj. Czy taka rzeczywistość czeka nas w przyszłości - widok lasu zza metalowej siatki?)

poniedziałek, 22 lipca 2013

Tajemnice Łobza

Sezon ogórkowy w pełni. Proponuję zatem kilka tematów może nie do końca lekkich, ale na pewno ciekawych. Zahaczymy o krążące pogłoski, próbując wyjaśnić ich pochodzenie. Tematyka dotyczyć będzie głównie wydarzeń związanych z II Wojną Światową lub okresu po niej.

  Mam nadzieję, że czytelnicy wybaczą mi dość makabryczny początek związany z jeziorem Dybrzno (Miejskie). Lata 60-te lub 70-te XX w. W jeziorze tym utopił się mężczyzna. Poszukiwania prowadził płetwonurek, który po odnalezieniu ciała stwierdził, że: Mężczyzna ów tkwił uwięziony nogą pomiędzy czterema beczkami zagłębionymi w dnie jeziora (tak jakby celowo dokonano wykopu) całkowicie zasmołowanymi i związanymi wspólnie liną. Jak dowiedziałem się jakiś czas temu beczek prawdopodobnie już nie ma – zostały wydobyte. Zawartość ich pozostaje jednak nieznana.

(Zdj. Widok na jezioro Dybrzno)

Być może odpowiedzi mogliby udzielić ówcześni funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa, która to instytucja z urzędu zajmowała się tego rodzaju znaleziskami.
Może jednak odpowiedź nasunie się w trakcie analizy dalszych tajemnic?


  Wjazd do obecnej dzielnicy Łobza Świętoborca (niem. Landgestut ) od strony Węgorzyna. Jest trzeci marzec 1945 r. Tą drogą zbliżają się radzieckie czołgi wchodzące w skład 1 Armii Pancernej Gwardii.

 (Zdj. Współczesny widok na wjazd od strony Węgorzyna)

W okolicach pokazanych na zdjęciu młodzi chłopcy z Volkssturmu (Hitlerjugend) strzelają w kierunku kolumny czołgów z panzerfaustów. I podobno jest to wyczyn, który rozsierdza, żołnierzy radzieckich, którzy w akcie odwetu demolują miasto. Tyle oficjalna historia podparta meldunkami bojowymi.
Nasuwają się jednak wątpliwości.
Historia z wystrzeleniem z panzerfaustów przewija się w odniesieniu do wielu miast pomorskich. I niby nic dziwnego, tyle tylko, że zawsze doprowadzało to do złości żołnierzy radzieckich, którzy za każdym razem robili demolkę w tych miastach. I też niby nic dziwnego bo było odgórne przyzwolenie na takie działania ale: Biorąc pod uwagę nawet ten fakt, że według map po prawej stronie las był wówczas rzadszy to i tak strzelanie z tego rodzaju broni z głębi lasu nie miało za bardzo sensu, gdyż byłoby nieskuteczne, natomiast dla strzelca kryjącego się za drzewami lub krzakami bądź też w przydrożnym rowie strzał mógł być równie niebezpieczny, na skutek siły eksplozji, co dla załogi czołgu. Gdzie wreszcie był zwiad oddziału pancernego wkraczającego do Łobza? Owszem mógł być przepuszczony celowo, niemniej wiadomo, że po drodze co jakiś kawałek zostawiano żołnierzy na czatach na wypadek takich właśnie sytuacji.
Osobiście skłaniam się ku tezie, że w meldunkach bojowych napisano tak jak napisano aby mieć jedynie pretekst do niszczenia, grabieży i gwałtów.


(Zdj. Obecnie budynki mieszkalne w Świętoborcu)
  Powyżej widok na obecne budynki mieszkalne w dzielnicy Łobza - Świętoborcu. Dzielnica to także była siedziba słynnej ongiś w świecie stadniny koni. W czasach gdy były to ziemie niemieckie również funkcjonowała tu stadnina. Jedna z hipotez mówi, że mieścił się tu ośrodek wypoczynkowy dla Luftwaffe. Jednakże niektórzy pasjonaci odkryli nikłe ślady stacjonowania jednostki radiotechnicznej. Owszem niedaleko w miejscowości Orle pozostały ślady radaru typu Wurzburg. W bezpośredniej bliskości Łobza takowych pozostałości nie ma. Czyżby więc radar typu Freya?
Czy jednak było co bronić w okolicy Łobza? Uwzględniwszy lotniska w Drawsku Pomorskim, czy Płotach, oraz Stargard Szczeciński i Police na pewno tak. Pokrycie siecią radarową ma sens. A może było coś jeszcze?

  Widok z oddali na budynki byłych Zakładów Przemysłu Terenowego – późniejszy „Prokom”. Dziś teren w rękach różnych przedsiębiorców prywatnych.

(Zdj. Budynki byłej fabryki... no właśnie czego?)

Według oficjalnej wersji przed i w trakcie II Wojny Światowej była to fabryka wozów konnych. Według relacji pierwszych powojennych osadników na podwórku spustoszonych zakładów jeden z takich wozów jeszcze stał. Jeżeli uwzględnimy, to że w armii niemieckiej transport konny odgrywał główną rolę w dostawie materiałów wojennych dla bezpośredniego zaplecza frontu to można śmiało stwierdzić, że produkcja taka miałaby znaczenie strategiczne.
Jednakże jeden z pierwszych przybyłych tu pionierów polskiego osadnictwa na tym terenie, znający język francuski, człowiek na pewno wiarygodny miał możność rozmawiania z przebywającymi tu jeszcze wtedy francuskimi jeńcami (robotnikami przymusowymi). To co mu powiedzieli zadaje kłam oficjalnej wersji.
 Usłyszał mianowicie od nich, że w zakładzie tym mieściła się montownia silników czołgowych. Wersji tej można wierzyć o tyle, że Niemcy rozproszyli wszelką produkcję przemysłową na wiele małych zakładów i warsztatów, nawet uciekając się do produkcji chałupniczej, kiedy tylko alianci zachodni uzyskali możliwość bombardowania terenów w głębi Rzeszy. Stojące wozy konne służyć więc mogły jedynie za kamuflaż.  Nie wiadomo dokładnie czy wyposażenie fabryki zostało ewakuowane przez Niemców, czy też zagrabione przez Armię Czerwoną. Możemy jedynie przypuszczać, że gdyby dowiedziały się o tym (i nie tylko o tym) sztaby alianckie kilka bombowców dalekiego zasięgu mogłoby złożyć miastu wizytę przy okazji bombardowania Polic czy Gdańska.

  Teren należący do Zarządu Dróg Powiatowych i obecne biurowce będące niegdyś wozownią przy willi starosty.  

(Zdj. Budynki Zarządu Dróg Powiatowych. Tereny dawnej willi starosty)

 Zdążające w kierunku centrum pancerne jednostki radzieckie napotkały wg oficjalnych meldunków na niezwykle silny ogień prowadzony z willi starosty. Według tego samego meldunku willa owa została zrównana z ziemią jednym strzałem czołgowym.
Nawet jeżeli weźmiemy pod uwagę to, że atakował pułk czołgów ciężkich (często był on takim tylko z nazwy i z braku czołgów IS składał się z czołgów średnich T-34), to taki wyczyn wydaje się dość absurdalny. Owszem zniszczenia takiego budynku w wyniku strzału nawet ciężkiego działa byłyby znaczne, ale nie zostawiłyby jedynie kupy gruzów leżącej na ziemi.
Tutaj można zobaczyć jak wyglądała willa starosty - http://labuz.art.pl/lobez/thumbs/i76.jpg
Wytłumaczenie jest jedno willę obrabowano z czego się tylko dało, zatarto ślady równając ją z ziemią a potem zrobiono odpowiedni wpis meldunkowy.

  Wzgórze z pomnikiem Rolanda – Zygfryda. Chyba żadne miejsce nie obrosło w miejscowe legendy jak to.

(Zdj. Widok na wzgórze od strony "patelni"  dawnego miejsca zabaw tanecznych.)

U jego stop stały zaraz po wojnie czołgi stacjonującej tu jednostki radzieckich wojsk pancernych. Odgrodzono całą dzielnicę, do której przylgnęła nazwa „ruska dzielnica”, gdzie mieszkali żołnierze.

(Zdj. Widok na dawną "ruską dzielnicę" Tu stały kiedyś szlabany i budki wartownicze.)

Niestety nie ma już resztek metalowych liter w języku rosyjskim z nazwami ulic. Miejsce stacjonowania wydaje się dość dziwne choćby z punktu widzenia taktycznego – czyżby więc miało to jakiś związek z opisywaną montownią silników? Oficjalnie podobno istniał projekt utworzenia tu jednostki wojskowej wojsk radzieckich, z którego jednak zrezygnowano. W okresie pobytu żołnierzy radzieckich zniszczeniom uległa znaczna część cmentarza oraz kaplicy cmentarnej. Tu nieopodal mieściły się restauracja, korty tenisowe i tor saneczkowy – przedwojenne miejsce wypoczynku mieszkańców Łobza.
Jedna z legend mówi o ciągnącym się przez miasto tunelu prowadzącym z kościoła do tego pomnika (do tematu tunelu wrócimy).
Rosjanie długo nie zabawili. Kiedy wyjechali, i teren stał się otwarty, porządkowaniem terenu okolic pomnika zajęły się osoby wykonujące coś w rodzaju robót publicznych - z braku odpowiedniej ilości zakładów pracy.
Podczas takich prac porządkowych grupa ludzi zauważyła mężczyznę trzymającego w ręku coś w rodzaju szkicownika malarskiego lub podobnego przedmiotu i rzeczywiście intensywnie coś na nim kreślącego. Jednakże wszelkie próby nawiązania z nim rozmowy spełzły na niczym. Kiedy grupka osób próbowała się do niego zbliżyć mężczyzna ów dosłownie przepadał bez wieści, by po oddaleniu się grupy pojawić się znowu. Musiał on doskonale znać teren pozwalający mu się ukryć.
Kim był ów tajemniczy osobnik? Cóż takiego notował lub szkicował? Można snuć różne domysły. Pewne jest jedno - artysta nie unika możliwości pochwalenia się swoją pracą.

(Zdj. Współczesny widok wzgórza Rolanda-Zygfryda od wewnątrz.)

  Niedaleko znowu mieścił się obóz jeniecki.  

(Zdj. Tutaj zaczynał się obóz, tu stały pierwsze baraki od strony Łobza.)

Dziwne, że jest o nim bardzo mało informacji. Właściwie jedynymi źródłami wiedzy są pamiętane jeszcze przeze mnie resztki bunkrów, inni z kolei pamiętają jeszcze  resztki baraków, no i wspomnienia tych jeńców, którzy tu po wojnie pozostali. Mało też wiadomo o walkach toczonych w obrębie tego obozu. A może strażnicy pilnujący jeńców tak naprawdę nie wiedząc o tym pilnowali czegoś jeszcze?

(Zdj. Dowód walk na terenie obozu jenieckiego. Takie wykopaliska znajdują wiosną działkowicze podczas prac ogrodowych.)


  Kościół łobeski.

(Zdj. Kościół w Łobzie)

Zniszczony do takiego stopnia, że w pierwszych latach powojennych wewnątrz zaczynały już wyrastać brzózki. Odbudowany dzięki staraniom ks. Władysława Farona. I znowu taki ogrom zniszczeń nastąpił wg meldunków od jednego strzału armatniego (prawdopodobnie kal. 76 mm) , żeby było śmieszniej gdy weźmiemy pod uwagę możliwości radzieckich ówczesnych dział oddanego z tzw. góry Suliszewickiej, którędy to wkraczały wojska wchodzące w skład 3 Armii Uderzeniowej. Strzał oddano bo podobno zauważono na wieży kościelnej obserwatora z lornetką.
Nasuwa się kilka pytań:
Czy Niemcy byli tak głupi, że nie wiedzieli jak na wojnie obrywa się kościołom, jako punktom obserwacyjnym, że umieścili tam obserwatora?
Dlaczego nie umieścili obserwatora na jednym z kominów fabrycznych trudniejszym przecież do trafienia? No ale demolować i grabić żołnierzowi radzieckiemu było wolno mienie prywatne. Za demolowanie i rozkradanie fabryk można było dostać kulkę z Naganta z ręki funkcjonariusza NKWD. Mienie fabryczne było przeznaczone do wywózki, a nie bezmyślnej demolki.
Wreszcie pytanie po co mieli Niemcy tam umieszczać obserwatora? Łobez leżący w wydłużonej niecce rynnowej okolony dookoła przewyższeniami terenowymi umożliwiającymi dobre maskowanie obserwatorom i wgląd na różne kierunki w celu kontrolowania posunięć nieprzyjaciela nie wymagał umieszczania obserwatora na wieży kościelnej.
Cóż kościół jako miejsce gdzie częstokroć znajdują się wszelakie precjoza z metali i kamieni szlachetnych, dzieła sztuki, gdzie częstokroć spoczywają fundatorzy czy znaczne osobistości z trumnami nierzadko napełnionymi wszelkimi atrakcjami jak biżuteria był łakomym kąskiem. I tu podejrzewam, że został po rozgrabieniu zdemolowany strzałami z bliska, a zniszczenia usankcjonowano meldunkiem o jakim było wyżej.

  Zdjęcie poniżej przedstawia obecny parking do niedawna stało tu betonowe podwyższenie, które było pozostałością skarbca poniemieckiego banku.


Bank został zdemolowany podobnie jak całe śródmieście, z którego dzisiaj już nic nie zostało z dawnej zabudowy Trzeba przyznać, że postawiony ów skarbiec został bardzo solidnie skoro dopiero niedawno udało się owe podwyższenie rozebrać. Jednak podziemna część najprawdopodobniej nie została ruszona. Tu znowu pojawia się druga wersja pogłoski o tunelu prowadzącym do pomnika Rolanda-Zygfryda. Nawiasem mówiąc ktoś zaczął dorabiać legendy o tunelu w sposób zupełnie fantastyczny interpretując choćby te o ukrywaniu się
Władysława Łokietka do potrzeb lokalnych. Uważam je za zupełną fantastykę.
Co jednak z tym tunelem był, jest czy go w ogóle nie było?
Jednym z powodów pogłosek o tunelu mogło być to, że do dzisiaj niektóre stare budynki dysponują imponującymi wręcz piwnicami (celowo nie podaję bliższych szczegółów aby właściciele nie byli nagabywani o pokazanie ich).
Jest drugi powód moim prywatnym zdaniem bardziej wiarygodny. Sam tej rewelacji nie wymyśliłem, zostało to już potwierdzone dawno. Finansowanie partii hitlerowskiej nie zawsze szlo oficjalnymi kanałami, apetyty partii jak i jej dygnitarzy były spore. Niemiecka skrupulatność nie pozwalała na zwykłe grabienie pieniędzy publicznych więc jedną z takich metod było zlecanie budowy takich „tuneli” organizacji Todta, która budowała jedynie na papierze nic w rzeczywistości nie realizując. Stamtąd już wyprane pieniądze trafiały do NSDAP, a tunele i podobne inwestycje istniały jedynie w wersji papierkowej. Być może ktoś kiedyś natrafił na jakiś dokument mówiący o takim „tunelu” i stąd legenda.

  Cofnijmy się na chwilę w czasie i z okresu walk o miasto, przenieśmy się do okresu je poprzedzającego. Na krótko przed wkroczeniem wojsk radzieckich do Łobza przybył oddział marynarzy w sile około kompanii. Jest to fakt dość ogólnie znany często przytaczany w lokalnej prasie. Nikt jednak nie wyjaśnia przy tej okazji po co w Łobzie kompania marynarzy. Czyżby miał on takie znaczenie choćby operacyjne, że trzeba było ściągać do obrony spieszonych marynarzy?
Wytłumaczenie jest następujące: Kilka lat temu w jeziorze Dobrzyca położonego nieopodal miejscowości Stara Dobrzyca (Alt Doberitz) prowadzono badania archeologiczne. Ujawniły one istnienie ośrodka doświadczalnego prowadzącego badania nad nowymi rodzajami torped. I na pewno przybycie oddziału marynarzy miało związek z koniecznością ewakuacji oraz zniszczenia śladów tegoż ośrodka.

(Zdj. Jezioro Dobrzyca - zdjęcia Google maps)

Pikanterii sprawie może dodać pewne zdarzenie.
W jednym z nieistniejących już domów odnaleziono w sposób bardzo przypadkowy zamurowany w ścianie kompletny strój płetwonurka wraz z wyposażeniem typu sprawne butle tlenowe itp. Czy owo wyposażenie zostało tam ukryte w obawie przed represjami, czy zostało schowane w oczekiwaniu odpowiednich warunków do jego użycia, kim była osoba, która dostała taki depozyt, czy może miało to związek z owymi tajemniczymi beczkami w jeziorze Dybrzno, czy z torpedownią w Dobrzycy? Zapewne nigdy się tego nie dowiemy.  

(Zdj. W zaznaczonym obszarze znaleziono ukryty ekwipunek płetwonurka. )

  Sprawa następna, o której zarówno urzędy konserwatorskie, jak i oficjalne stowarzyszenia eksploracyjne nabrały wody w usta. Chodzi o jakąś bibliotekę, której zbiory rozczłonkowano i rozwieziono po bombardowaniach Szczecina po różnych miejscowościach. Część znalazła się w Łobzie ukryta w jednej z willi. Pamięć ludzka jest zawodna i po prostu nie pamiętam o jakie konkretnie zbiory biblioteczne chodzi. W każdym razie łobeska część zaginęła. W jednej z nieistniejących już gazet łobeskich była natomiast wzmianka jak młodzi chłopcy w latach powojennych znaleźli i sprzedawali jako makulaturę dość opasłe księgi, niektóre ponoć dosyć stare. Czy taki był los zaginionych zbiorów?

(Zdj. Dzisiejsza ulica Obrońców Stalingradu niem. Bahnhofstarsse. Czy w tym kwartale ulicznym  ukryte były zbiory biblioteczne? )

Jest jeszcze jedno zdarzenie, które jakoś utknęło mi w pamięci. W latach dziecinnych, kiedy chodziłem do szkoły podstawowej powszechne były zbiórki makulatury, szmat, butelek, złomu. Uczestnicząc w akcji segregowania przyniesionych przez uczniów materiałów powszechne zainteresowanie wywołało wygrzebane wśród makulatury bardzo stare wydanie Biblii. Jak pamiętam była ona dość bogato ilustrowana rysunkami przypominającymi drzeworyt, napisana była w języku łacińskim bądź niemieckim. Nie pamiętam jednakże czy ktoś ją zabrał, czy poszła na przemiał.  

  Znowu musimy się przenieść w czasie. Lata 90-te ubiegłego wieku Urząd Gminy i Miasta Łobez. Jedno z pomieszczeń biurowych w ostatniej kondygnacji  urzędu. Robotnik pracujący przy remoncie pomieszczeń uderza młotkiem w ścianę bądź sufit (znowu zawodna pamięć) w celu usunięcia starego tynku. Oprócz gruzu sypią się jakieś metalowe naczynia w tym ozdobne puchary. Z oczywistych względów, ciężko jest się dowiedzieć na ten temat bliższych szczegółów. Najprawdopodobniej część znaleziska została zabrana przez ekipę remontową, część natomiast została zabrana przez urzędników. Prawdopodobnie naczynia nie były wykonane z metali szlachetnych a jedynie były dość bogato zdobione. Pytanie jaką wartość miały owe naczynia, czym były, że ukryto je w murze?  

(Zdj. Fasada Urzędu Gminy i Miasta, tu w górnych kondygnacjach budynku dokonano opisywanego znaleziska)


Posłowie.
Zdaję sobie sprawę, że opisy zdarzeń czy sprawy zawarte w niniejszym wpisie opierają się na nikłych materiałach dowodowych. Trzeba to tym bardziej zaznaczyć, że wielu ludzi od których słyszałem pewne rzeczy, którzy byli świadkami zdarzeń już nie żyje. Wiele zdań zostało opartych nie tylko o opowieści ludzi będących uczestnikami wydarzeń ale też o prasę lokalną, fora internetowe. Część oparłem o stare mapy. Zaznaczam jednak, że opisywanych spraw nie wyssałem sobie z palca, a jedynie je relacjonuję. Indywidualną ocenę pozostawiam czytelnikowi.  

Część druga zgodnie z  życzeniami tutaj: klik

niedziela, 10 marca 2013

Grodzisko

Grodzisko

(zdj. Dobrze widoczne o tej porze roku resztki obwałowania)


Ulubione miejsce ludności do urządzania pikników, grilla, pieczenia kiełbasek a także.... wagarów miejscowej młodzieży. Zapewne nie wszyscy zdają sobie sprawę, że jest to prasłowiańskie grodzisko.
Odnaleźć je można prędzej na mapach turystycznych niż administracyjnych. Na starych poniemieckich mapach jest ono dość wyraźnie zaznaczone i figuruje pod nazwą „Stary szaniec” (Alte Schanze).
Jaką rolę spełniało? Wśród historyków i regionalistów panuje dość zgodna opinia, że prawdopodobnie strzegło pobliskiego brodu przez rzekę Regę. Ja zaś dodam swoją własną teorię uzupełniającą, że całkiem możliwe jest, iż strzegło też interesów ekonomicznych ówczesnego plemienia – bliskość wideł rzek Regi i Brzeźnickiej Węgorzy oraz bliskość jezior.

(zdj. Czyżby miejsce kultu współczesnych Słowian?)





niedziela, 3 marca 2013

3 marca 68 rocznica wyzwolenia Łobza

(zdj. wyimaginowana scena walk żołnierzy polskich z 43 pal. dnia 6 marca 1945 r pod Świętoborcem)

Za oficjalną datę wyzwolenia miasta przyjmuje się dzień 3 marca 1945 roku, kiedy to wojska radzieckie wkroczyły do miasta. Można z tą datą dyskutować na wiele sposobów. Nie będę poruszał też kwestii samych walk, o których już co nieco napisano mniej lub bardziej prawdziwie.

Ostatnimi laty pojawiły się liczne głosy, różnych „autorytetów” twierdzące, że o żadnym wyzwoleniu mowy być nie może.
Różnej maści historycy, działacze lokalni, regionaliści, redaktorzy lokalnych gazet żwawo przytaczają przykłady cierpień miejscowej ludności zamieszkującej tereny ongiś niemieckie.
I mają rację. Dużo było w momencie zdobywania Pomorza i po nim niesprawiedliwości, nieprawości, samowoli zdobywców, wiele nieszczęść ludności cywilnej, ale były też pamiętajmy o tym różne tego przyczyny.
Spróbujmy pominąć wszelkiego rodzaju politykierstwo. Zamiast tego zastanówmy się czy aby na pewno nie było to wyzwolenie?

Bardzo rzeczowo odniósł się do tego zagadnienia redaktor naczelny Biuletynu „Kawaliera” Andrzej Szutowicz w numerze 1/2010 w artykule „Rocznicowych uwag kilka” (archiwa dostępne w internecie), na którego słowa pozwolę sobie jeszcze się powołać.
We wspomnianym artykule jest mowa o dominacji martyrologii agresora i ignorowaniu martyrologii ofiary. Musimy pamiętać, że Pomorze stało się miejscem nieszczęść robotników przymusowych i więźniów różnych narodowości, miejscem ich niewolniczej pracy i traktowania urągającemu godności ludzkiej – bicie, poniżanie, głód, choroby bez należytej opieki lekarskiej rozstrzeliwania, kary śmierci przez powieszenie. Dotykało to nawet dzieci, które zostały tu wywiezione wraz z rodzicami. Pamiętajmy wreszcie o marszach śmierci, które przeszły także przez teren ówczesnego powiatu łobeskiego – Ile te marsze pozostawiły na swej drodze mogił w przydrożnych rowach? Tego chyba nigdy się już nie dowiemy. Wspomniany redaktor J.Szutowicz przytacza liczbę 200 000 robotników przymusowych, choć ciągle liczby te są ruchome i dokładnej pewnie nie poznamy. Obowiązkiem naszym jest pamiętać o jeńcach wojennych przebywających na terenie Pomorza. Przecież taki funkcjonował i w Łobzie, a jak mi zdradził jeden z jego byłych jeńców, późniejszy mieszkaniec naszego miasta siedział w nim od pierwszych dni września 1939 roku. W Łobzie i okolicach funkcjonowały zarówno obozy pracy jak i przebywali tu robotnicy przymusowi.
I obecnie dla wielu skrócenie tej gehenny nie było wyzwoleniem.
Cóż każdy ma prawo do posiadania swoich poglądów, ale ja zgadzając się z red. Szutowiczem dalej będę twierdził o wyzwoleniu, a słowo zdobycie dalej będzie dla mnie miało kontekst działań wyłącznie wojskowych.

piątek, 3 sierpnia 2012

Kupferhammer (kolonia)

Tytułem wstępu.
Pokazane zdjęcia, ani atrakcyjne, ani ładne, po prostu są dokumentacją miejsca, jakim jest ono teraz. Nic innego mi nie przyświecało w moich zamiarach.
Miejsce
Zupełnie zapomniane miejsce, bez wspomnień i chyba bez pamięci miejscowej ludności.
Nie bardzo się orientuję czym zajmowali się mieszkańcy tej osady, która obecnie byłaby dzielnicą Łobza. Nie bardzo orientuję się z czym związana jest jej nazwa. Czy chodzi o kowalstwo związane z obróbką miedzi? Czy może chodzi o rzemieślników zajmujących się wyrobem młotków miedzianych. Liczyłbym tutaj na pomoc czytających tego bloga. Pewne jest natomiast to, że owa działalność walnie przyczyniła się do rozwoju ekonomicznego i społecznego Łobza.
Osada dotrwała do 1945 roku, jej koniec był tragiczny. Domyślać się należy, że została zrównana z ziemią przez wojska radzieckie w momencie ataku lub w wyniku eksploracji zdobytych ziem, trudno tu umiejscowić konkretną datę. Jeżeli pozostały ruiny budynków, najprawdopodobniej pozyskane cegły zasiliły akcję odbudowy Warszawy.
Nie tylko kolonia będąca przedmiotem dokumentacji fotograficznej ale też dzielnica o tej samej nazwie były miejscem ludzkich tragedii według: http://wiki-de.genealogy.net/Labes_-_Opfer_des_2._Weltkrieges_(1939_-_1945) osoby pochodzące stamtąd były ofiarami rozstrzeliwania przez armię radziecką, gwałtów lub zginęli w niewoli. Oto ich lista pochodząca ze wspomnianej strony:
  • Angelika Dubberke
  • Ilse Dubberke
  • Ferdinand Laabs wraz  z  żoną i córką
  • Friedrich Wolff
  • Erich Völz
  • Klara Völz
  • Wilhelm Zander
Teraz nieco zdjęć


Drogi okalające to miejsce pozostały.




Takie kawałki cegieł, których jest sporo świadczą o istniejących ongiś budynkach.






Resztki dość regularnie ułożonych kamieni wzdłuż drogi prowadzącej do kolonii jest świadectwem istnienia murku oporowego.



Dość nietypowa cegła jak na niemieckie warunki wśród krzaków, ale to możliwe.


Tu i powyżej nie widać nawet śladu zabudowań.



Kamień o regularnych kształtach choć dotknięty nieco erozją. czyżby kolejny element jakiegoś obiektu budowlanego?




Fragment instalacji elektrycznej znaleziony w tamtym miejscu również jest niemym świadkiem ludzkiej działalności tam.

Na koniec chwila refleksji. Czy ofiary były niewinnymi ofiarami ślepej nienawiści ze strony czerwonoarmistów? Czy też co miało często miejsce, że napady zabójstwa, gwałty i grabieże dokonywały się za sprawą donosów robotników przymusowych różnych narodowości na tych Niemców, którzy byli zwyczajnymi kanaliami, nie mającymi żadnych ludzkich uczuć do ludzi przywiezionych tu na roboty? Znów chciałbym odwołać się do wiedzy czytających w poznaniu prawdy, choćby gorzkiej.

poniedziałek, 13 czerwca 2011

Jezioro Studnica.

Położone w pobliżu wsi o tej samej nazwie i na skrajnym terenie Ośrodka Szkolenia Wojsk Lądowych jezioro, które obecnie jest dzierżawione przez osobę prywatną. Niestety nie udało mi się dowiedzieć, jak wygląda sprawa zezwoleń na amatorski połów ryb.




niedziela, 12 czerwca 2011

Leśne stawy

Schowane w lesie niewielkie jeziorka cieszą oko niczym klejnoty w koronie. Drzewa rosnące wokół dają przyjemny cień od palącego słońca. Amatorów wędkarstwa niejeden lin, okoń, karaś lub szczupak, żyjący w stawie potrafi przyjemnie zaskoczyć. W takich wypadkach pamiętajmy koniecznie o uzyskaniu zgody właściciela na wędkowanie.









Kosaciec żółty