Polecany post

Łobeski odcinek "Odry".

       D ziało się to w okupowanej Warszawie, zaraz po świętach wielkanocnych roku 1941. Mężczyzna przebywający w jednym z zakonspirowan...

poniedziałek, 2 marca 2015

Suplement do "Tajemnic Łobza"

    Na prośbę czytelników powracam do tematu tajemnic Łobza. Nie będzie tego wiele, niektóre opisy postaram się uzupełnić, niektóre sprawy, które poprzednio zwyczajnie przeoczyłem pojawią się jako zupełnie nowe.
 
Zacznijmy od położonego za cmentarzem na terenie obecnych ogródków działkowych obozu jenieckiego, lub jak twierdzą inni obozu pracy (ja twardo upieram się przy obozie jenieckim).
Niewiele o nim wiadomo, czytelnicy pamiętają zapewne przedstawione przeze mnie zdjęcia znalezisk potwierdzających walki tam prowadzone. Były jednak i inne znaleziska. Monety francuskie z lat 30, metalowe kubki, miski do jedzenia i podobne rzeczy osobiste. Słowem nic cennego, jednak potwierdzające przebywanie tam ludzi. Starsi ludzie pamiętają stojące jeszcze od strony dzisiejszej ulicy Słonecznej drewniane baraki. Osobiście natomiast zapamiętałem stojące głównie przy dzisiejszej drodze prowadzącej do oczyszczalni ścieków betonowe bunkry – tak to nazywaliśmy i tak one wyglądały, choć bez szczególnie grubych ścian. Można je uznać za instalacje typowo strażnicze. Niektórzy postawili potem na nich altany ogrodnicze i tak pewnie przetrwały do dziś jako piwniczki. Może opiszę zapamiętany wygląd, otóż: Były to obiekty kształtu prostokątnego, oparte dłużą ścianą o skarpę, od czoła natomiast znajdował się otwór coś jakby na drzwi lub większe okno, w górnej części okrągły otwór. I to wszystko tak więc konstrukcja prosta.
Co do spraw obozowych przechodząc od obozu jenieckiego do obozów pracy warto wspomnieć, że konwencje międzynarodowe zezwalały na zatrudnianie jeńców - pod pewnymi rygorami, lub na prośbę takowych. Rygorów tych Niemcy nie przestrzegali wobec ludności przywiezionej tu na roboty przymusowe. Co do obozów pracy na pewno jeden funkcjonował w okolicach dzisiejszej krochmalni. Było to uzasadnione o tyle, że bliskość wielu zakładów, jak choćby owa krochmalnia, młyn oraz fabryka drutu ogrodzeniowego (w domyśle kolczastego), a więc produkcja typowo militarna) – dzisiejszy Drut-Pol

(Zdj. Czy tędy więźniowie maszerowali do pracy?)

(Zdj. Czyżby jednak poobozowa pozostałość?)

Spróbujmy pociągnąć temat obozów pracy. Arbeitsamt w Nowogardzie, któremu podlegały placówki w Łobzie, Resku, Gryficach, Goleniowie oraz Trzebiatowie był obowiązany kierować ludzi do pracy w fabryce amunicji w Mostach (niem. Speck) k. Goleniowa. Początkowo pracowali w niej Niemcy, jednak z chwilą przybywania robotników przymusowych byli oni kierowani do pracy w tej fabryce. Zainteresowanych odsyłam do opracowania Józefa Kazaneckiego „Fabryka amunicji w Mostach” Link
Dość powiedzieć, że warunki pracy były tak fatalne, że do dziś nikt nie jest w stanie stwierdzić ile ofiar pochłonęła produkcja rozpiętość jest od setek do tysięcy – szczególnie duża wśród kobiet przywiezionych z ZSRR. Na stronach internetowych, o ile nie szukałem źle ciężko znaleźć cokolwiek na temat obozu jenieckiego lub obozów pracy w Łobzie. Czyżby więc Niemcy mając na sumieniu odsyłanie ludzi do tamtej fabryki milczeli o obozach? Tu wyjaśnienie: Nowogardzki Arbeitsamt nie nadążał z dostarczaniem rąk do pracy tej fabryce. Podejrzewa się również o eksperymenty z produkcją reaktora atomowego i de facto bonią atomową. Tu historia zazębia się z innym tematem poruszonym przeze mnie. Mianowicie dotyczy to organizacji „Odra” działającej na terenach niemieckich. Oczywiście trudno tu dywagować czy łobeska „Odra” mogła mieć coś wspólnego ze sprawą, o której za chwilę, ale inne jej człony na pewno tak. Alianci dowiedzieli się o fabryce. Bomby jednak spadały w próżnię, gdyż załogi bombowców nie widziały w ogóle fabryki. Byli tak zdesperowani, że w końcu zaczęły z samolotów spadać ulotki z pogróżkami, że jeśli nie uda im się zniszczyć fabryki zrównają z ziemią cały Goleniów. Po przejściu frontu okazało się, że cały teren fabryki był pokryty siatką z nałożonymi metalowymi atrapami liści.
Oprócz wspomnianej przyczyny może być i taka jak na poniższym zdjęciu – sprawa dotyczy obozu koncentracyjnego w Dachau i śmierci, zapewne nienaturalnej 41 letniego mężczyzny wywiezionego z terenu naszego powiatu.
Link 




Poruszmy temat lotniska, o którym zarówno słyszałem, jak i o które byłem pytany, a o którym nic kompletnie nie wiem. Miałby to być teren tuż za obecną stacją benzynową przy drodze Łobez-Węgorzyno, po lewej stronie, choć moim zdaniem bardziej adekwatny byłby teren tuż za obecnym pomnikiem upamiętniającym walki 6 marca. Na pewno nie było to lotnisko typowo bojowe. Jeżeli funkcjonowało ono w czasach wojny – jest to teren zbyt mały, ponadto lotniska w Drawsku Pomorskim (Me -109 i Fw -190) oraz Płotach (Me-110) załatwiały sprawę obrony przeciwlotniczej. Ponadto samoloty niemieckie wymagały zbyt starannej obsługi, nie mówiąc o naprawach by je w ten sposób rozpraszać, komplikując tym samym logistykę obsługi. Jeżeli już to obstawiam, że mogły co najwyżej lądować samoloty typu Fieseler - 156 Storch, jeżeli było to lotnisko czasu wojny, jeżeli teren był natomiast wykorzystywany po wojnie to oczywiście Polikarpow Po-2 albo jego licencyjne odmiany S-13/CSS-13.Te ostatnie zresztą lądowały po wojnie z okazji jakiegoś festynu na terenach położonych gdzieś w okolicach krochmalni.
Co do pierwszego miejsca to muszę przyznać, że w pobliskim zagajniku podczas grzybobrania na skraju lasu znalazłem kawałek powyginanej blachy aluminiowej wielkości ok 30x30 cm, na której widniały resztki farby koloru ciemnego khaki. Mogło to być cokolwiek, ale na pewno nie część poszycia samolotu. Wspomniane samoloty poszycia metalowego nie miały. Blachy nie zabierałem bo żelastwa generalnie nie zbieram, a w kategoriach ekonomicznych znaleziska nie myślałem.


(Zdj. Tereny okolic domniemanego lotniska.)

Skoro już jesteśmy przy tematyce lotniczej to udało się częściowo rozszyfrować sprawę domniemywanej poprzednio jednostki radiotechnicznej Na pewno istniała kompania meldunkowa na dworcu łobeskim  - pozycja Siewka – rozwiązana w czerwcu 1944r. (13. Flugmelde-Leit Kompanie at Bahnhof Labisch/Regenwalde (Stellung "Regenpfeifer") (new); disbanded 6.44).  Link

(Zdj. Schron lub pomieszczenia magazynowe nieopodal dworca PKP.)

Dzisiejszy plac zabaw dla dzieci. Przed wojną stała tu sala gimnastyczna. Zaraz po wojnie stała zapełniona wszelkimi dobrami typu maszyny do szycia, maszyny do pisania, bele materiału. Spłonęła pewnej nocy w dość tajemniczych okolicznościach. Domysły na temat jej zniszczenia są różne, od posądzania przedstawicieli MO/UB, żołnierzy sowieckich, zwykłych szabrowników po mityczny werwolf. Jak było naprawdę dziś już chyba nie da się ustalić.

(Zdj. Teren byłej sali gimnastycznej.)

Gdzieś około połowy lat 70 ubiegłego wieku. Jedynym hotelem w Łobzie był obecny hotel Słowiański przy obecnej ulicy Niepodległości (ówczesna B. Bieruta). Tak więc siłą rzeczy odwiedzający nasze miasto Niemcy mieli tylko jeden wybór, jeśli chodzi o zatrzymanie się.
Dla wielu z nich były to podróże sentymentalne, często dobierali sobie też miejscowych przewodników z jakichś powodów im znanych i znających język. Tym razem jednak para, o której piszę była sama.
 Dzień jest piękny słoneczny, nie taki jak na zdjęciach, nie wiem już jaki dzień tygodnia. Dość młody Niemiec spacerujący wraz z towarzysząca mu kobietą idzie od strony hotelu w kierunku skrzyżowania tuż za budynkiem sądu. Za tym budynkiem rozkłada jakiś papier dość dużych rozmiarów i tu jego nogi tracą spokój. Przechodzi przez przejście dla pieszych na drugą stronę ulicy i trzymając ów papier przed oczami wręcz zaczyna biec przez trawnik nieopodal ówczesnego samolotu. Jego zachowanie jest dosyć nerwowe. Dogania go towarzysząca mu kobieta, łapie go za rękę i siłą zatrzymuje, po czym dosyć nerwowo mu coś tłumaczy. Czym takim dysponował ten mężczyzna, co takiego skłoniło ich do takich nerwowych zachowań? Osobiście podejrzewam, że być może kolejne inwestycje miejskie odkryją zagadkę, ale jest to moja osobista opinia.

(Zdj. Widok na miejsce dziwnego zachowania niemieckiej pary.)

Teren niedokończonej inwestycji tuż nieopodal promenady i ul Rzecznej. Kiedy nie nawieziono ziemi i nie był tak podniesiony do góry to jeszcze o ile dobrze pamiętam w latach 90 ub. wieku płonęły tu znicze. Tak w tym miejscu jest minimum 7 grobów ofiar „wyzwolicieli”. Kim wszyscy byli nie wiem. Wiem o jednym pochowanym tam mężczyźnie, o którym mówiono wówczas „Jugosłowianin”, ale jakiej konkretnej narodowości był, nie mam pojęcia. Został pochowany doraźnie przez żonę Polkę i tak już został. O pozostałych nie mam kompletnie żadnej wiedzy. W związku z tym miejscem zaczęło funkcjonować coś co można określić mianem „urban legend”, a mianowicie, że jest tam zakopane złoto. Brednia. Pomijając fakt, że obok grobów funkcjonowały ogródki działkowe i nikt nic nie znalazł, a jeśli znalazł to nic nie ma. Legenda miejska mogła zrodzić się z innej przyczyny. Buszujący po Łobzie czerwonoarmiści według relacji świadków mieli kieszenie dosłownie wypełnione złotymi precjozami. Pozwala to jedynie przypuszczać, że w którejś lub większej liczbie mogił spoczywają także czerwonoarmiści.

(Zdj. Widok od strony promenady.)

(Zdj. Widok od strony ul. Rzecznej.)

Zatopiony czołg. Sprawy zatopionych czołgów zawsze i wszędzie wywołują pobłażliwy uśmiech rozmówcy lub na forach internetowych. Niemniej jednak faktem jest, że zarówno Sowieci jak i Niemcy stosowali podobną taktykę. W przypadkach braku paliwa, okrążenia lub podobnych zdarzeń jeśli mieli w pobliżu jakikolwiek zbiornik wodny wrzucali wsteczny bieg, by kierowca mógł wyskoczyć z pojazdu i tak go zatapiali. Dodatkowo często robili doraźne pułapki w postaci zawieszonego pocisku, tak aby spadł i eksplodował w momencie otwarcia włazu wieżyczki.
Istnienie zatopionego czołgu w stawie przy drodze Łobez – Unimie relacjonuje wiele nieznających się osób, więc coś na rzeczy było. Nie zmienia to jednak faktu, że owego czołgu już nie ma. Sam muszę szczerze przyznać, że nie wiem czy wystającą lufę owego czołgu pamiętam czy po prostu działa sugestia innych. Zwyczajnie byłem zbyt mały by to dobrze zapamiętać. Natomiast nie pamiętam, który mógłby to być zbiornik wodny. Wybór jest niewielki są tylko dwa możliwe stawy.
W jakich okolicznościach ów czołg się tam znalazł nie wiadomo.

(Zdj. Czy w stawie za tym lasem tkwił zatopiony czołg?)

(Zdj. jedno z dwóch typowanych.)

(Zdj. Te dwa jeziorka można typować jako miejsce zatopienia - źródło mapy bing.)

 Ciekawostka. Nie jest dla nikogo tajemnicą, że przedwojenny Łobez słynął z ilości zakładów szewskich, oraz rzemiosła garbarskiego. Takie banknoty regionalne znalazłem na jednej z aukcji francuskich. Link

(Zdj. Ciekawostka z francuskiej aukcji.)

Odpowiedzialność. A raczej jej brak. Te zdjęcia otrzymałem od anonimowego internauty i muszę przyznać, że potrafił mi je przekazać, po mistrzowsku się kamuflując. Nie o to jednak chodzi. Internauta ów wg jego relacji nie zabrał żadnej z tych rzeczy, ale zrobił zdjęcia telefonem po czym... uciekł.
Jedne zdjęcia przedstawiają ładownicę niemiecką od Mausera 98k według relacji internauty nie zawierała amunicji.
Drugie zdjęcie przedstawia granat trzonkowy niemiecki M 43 – internauta błędnie opisał go jako minę typu żabka. Trzonek na pewno zbutwiał.
Nie zawiadamiał Policji bo jak się wyraził nie ufa im. Nie świadczy to dobrze o naszych stróżach prawa, ale apeluję, wzywajmy ich jednak w przypadku takich znalezisk. Granat wyraźnie jest nieodbezpieczony i potencjalnie bardzo niebezpieczny.
 Żałuję, że nie została mi podana dokładniejsza lokalizacja. Jest to gdzieś w lesie pomiędzy Świętoborcem, a Boninem, całe znalezisko wyryły dziki. Miejmy nadzieję, że odnajdą to służby leśne.



(Zdj. U góry i u dołu ładownica od Mausera 98k.)

(Zdj. Niemiecki granat trzonkowy M43.)


 Na tym kończę cykl „tajemnic”. Ewentualne nowe zdobyte wiadomości postaram się zamieszczać sukcesywnie.

P.S.
Już po publikacji niniejszego materiału dowiedziałem się, że obóz pracy przy ulicy Węgorzyńskiej znajdował się po lewej stronie w okolicach ul. Odnoga Węgorzyńska, Łąkowa, dziś to tereny zabudowane w rękach właścicieli prywatnych.

niedziela, 1 lutego 2015

Wzgórze

Ktoś kiedyś na jakimś forum lokalnym rzucił o tym wzgórzu hasło, które mnie nieco zaintrygowało.
O ile dobrze pamiętam mowa była o wzgórzu kata, postanowiłem więc nieco sprawdzić temat.
I rzeczywiście stare mapy zawierają nazwę brzmiącą coś jak katownia, co można by istotnie interpretować jako wzgórze kata.
Dawniej mieścił się w pobliżu nieistniejący już zakład utylizacji zwierząt, jednakże moje próby przetłumaczenia różnych słów pasujących do pojęcia zakładu utylizacyjnego nie pasują do opisu na mapie.
Najbardziej pasuje właśnie katownia w kontekście nie mającym nic wspólnego ze zwierzętami. Nie pasuje także przypisanie nazwy do zespołu budynków, gdyż w pozostałych przypadkach na mapie jest to zrobione zupełnie inaczej.
Miejsce to pamiętam z dzieciństwa i marcowych „dni wagarowicza”, wówczas jednak nie było w takim stopniu zalesione.
Czy w istocie na tamtym wzgórzu kat spełniał niegdyś swoją powinność?
Prócz śladu na mapie niewiele mogę powiedzieć. Na pewno wybierając się tam i przebywając na miejscu nie czułem na plecach dreszczu emocji, jaki towarzyszy odwiedzaniu różnych mrocznych miejsc.
A może legenda dopiero powinna się narodzić?

Zdjęcia niewiele pokazują przeważnie sosnowy las, czasem z niewielką domieszką młodego dębu, zarośla i nic więcej.

 (Zdj. Droga wiodąca do celu)



(Zdj. Jakieś obwałowanie lub usypisko nieznanego przeznaczenia i pochodzenia)


(Zdj.Ścieżka i lekkie wzniesienie)






(Zdj. Okolice tamtego miejsca widziane z oddali)

Dla Chcących odwiedzić tamto miejsce podaje lokalizację, jest to okolica ul. Węgorzyńskiej i tzw. jeziora hyclowskiego (choć to nieładnie brzmi, ale taka nazwa funkcjonuje w miejscowej terminologii).



P.S. Myślę, że należy się małe wyjaśnienie z mojej strony. Otóż jest taka książka "Z dziejów Ziemi Łobeskiej". Jednakże książkę tę czytałem mając gdzieś ok 12 lat, a pamięć jest niestety zawodna. Niestety nie zachowała się ta książka w domu, a wiadomo jak jest z czasem by dotrzeć do zbiorów bibliotecznych. Poza tym pewne rzeczy pozwalam sobie interpretować na swój sposób choć nie dowolny ale na podstawie relacji, opowiadań domysłów, analiz porównawczych etc. Nie jestem naukowcem więc uważam, że wolno mi takich interpretacji dokonywać o ile nie są celowym kłamstwem.

niedziela, 4 stycznia 2015

Na ten Nowy Rok


czyli to co czasem wypada z dokumentacji fotograficznej

Niektóre zdjęcia czasem wypadają z różnych względów bo po prostu nie pasują. Dzisiaj je wrzucam  z komentarzem.

(Zdj. Jakieś się wyrwało i leżało na  środku drogi.)
 (Zdj. Stary murek oporowy w parku miejskim, obok dawnego obozu jenieckiego)
(Zdj. W dziwnych miejscach ryto coś  w rodzaju żwirowni, jeśli czytelnik cofnie się do tematu Kupferhammer to chyba zrozumie.)

 (Zdj Poniemieckie pozostałości ławeczek w tzw. Parku Miejskim)
 (Zdj. Podobne do tych z podgryfińskich lasów, wystarczy poszukać  frazy "krzywy las")

 (Zdj. Prawda, że kupa krzaczorów nic nie znaczących? Tu mieściła się za Niemca chatka stróża pilnującego stawów rybnych, jak i pól)
 (Zdj. Jakby ktoś nie wiedział to kawałek tej skarpy wyrył spadający MiG-15 pilot na szczęście przeżył- droga Łobez -Unimie)
 (Zdj. Kolejny wybryk natury z tyłu też tych grzybków jest więcej- zrosły się w rodzinkę)
 (Zdj. Spalona przez wandali chata syberyjska)
(Zdj. Banalna kupa drzew  ale zapewniam, że jest to zapowiedź pewnego tematu.)

wtorek, 28 października 2014

Mrówcza osada

Gmina Kościernica w woj. zachodniopomorskim ma swoją mrówczą atrakcję w postaci alei mrówek. Wystarczy wpisać tę frazę w wyszukiwarkę i znajdziemy poszukiwany temat bez trudu.
Dowiadujemy się m.in. o tym, że każde nowe mrowisko jest zakładane wiosną, a mrówki wraz z królową przenoszą młode larwy i poczwarki.
Ja chciałbym zaś przedstawić nie aleję mrówek, ale osadę mrówek, co dowodzi, że i gmina Łobez ma swoje mrówcze atrakcje.
Z jakichś powodów mrówki nie chciały urządzić efektownego szpaleru mrowisk – być może zaważyły przyczyny terenowe. Niemniej to co stworzyły jest i tak ciekawe.
Każde zdjęcie poniżej przedstawia inne mrowisko. Cały zespół mrowisk położony jest w okolicy punktu leżącego wg map google  na pozycji 53,618637 N i 15,633107 E.


(Zdj. To mrowisko dało początek całej osadzie. U góry stan sprzed kilku lat i obecny - u dołu)




(Zdj. W sposób charakterystyczny wiele mrowisk obudowanych jest wokół pni drzew, często już wyciętych)












(Zdj. Dobrze widoczna  ciągnąca z prawej strony drzewa ścieżka wydeptana przez mrówki)








(Zdj. Te zamieszkały w bliskim sąsiedztwie)


(Zdj. Ta rodzina dość sprytnie skryła swoją siedzibę, na miejscu trudno odnaleźć to mrowisko)








 (Zdj. Lokalizacja osiedla)

Bliskość Łobza i łatwość dotarcia dodatkowo zachęcają do obejrzenia tej ciekawostki przyrodniczej.

poniedziałek, 14 lipca 2014

Elektrownia na Brzeźnickiej Węgorzy

     No właśnie elektrownia czy młyn? Zdania są podzielone. Według mojej wiedzy opartej na opowiadaniach ludzi pamiętających okoliczną osadę była to elektrownia. Na starych mapach niemieckich zabudowania są oznaczone jako młyn. Być może, że z czasem zmieniło się po prostu przeznaczenie budowli. Zapamiętane przeze mnie osłony turbin również przemawiają za elektrownią. Ponadto opierając się na analizie porównawczej budynki były zbyt małe jak na młyn. Zadaniem elektrowni było wg relacji  zasilanie tartaku położonego w osadzie Lesęcinek (niem. Lessenthiner).
Miejsce na pewno jest warte odwiedzenia. Kiedy jeszcze funkcjonowała w sąsiedztwie budowli drewniana kładka można było  dopatrzyć się po lewej stronie brzegu bardzo ciekawej rzeczy. Mianowicie już w odległych czasach pomyślano o przepławce dla ryb, co nawet dzisiaj nie jest powszechną praktyką przy okazji stawiania elektrowni wodnych.
Zastane na miejscu ślady świadczą o obecności wędkarzy. Ale rzeka ma walory nie tylko wędkarskie. O jej zaletach przyrodniczych, krajobrazowych czy turystycznych można dowiedzieć się z internetu.
Wracając zaś do samej elektrowni to szum wody, śpiew ptaków gąszcz zieleni na pewno działa kojąco na codzienne zabieganie oraz daje wytchnienie w czasie upałów.
Zapewniam jednak, że miejsce to warto odwiedzić o każdej porze roku.

Dojazd: Jadąc drogą nr 151 z Łobza w kierunku Węgorzyna można zaparkować pojazd przy starym moście na Brzeźnickiej Węgorzy i przejść ok 500 m  w lewo leśną drogą przed mostem. Oczywiście rowerem możemy dojechać bezpośrednio.

Z gąszczu wyłaniają się ruiny dawnej budowli


 Widok od strony zbiornika wodnego

Tak teraz wygląda dawne wnętrze o konstrukcji ceglano - kamiennej.

Widok od strony odpływu wodnego

Zakole widziane z prawego brzegu

niedziela, 11 maja 2014

Pomnikowe przemyślenia


Niedawno 8 maja obchodzono pod „Pomnikiem Wdzięczności” 69 rocznicę zakończenia II Wojny Światowej w Europie. Jeszcze wcześniej obchodzono pod tym pomnikiem święto 3 maja, a jeszcze wcześniej obchodzono dzień 3 marca czyli 69 Rocznicę Wyzwolenia Łobza.
I znowu począwszy od tej ostatniej z wymienionych rocznic, pojawiły się i zapewne będą pojawiać liczne kontrowersje.

 (Zdj. Obecny widok na Pomnik Wdzięczności)

Dotyczą one głównie pojęcia tzw „wyzwolenia”. Przyznam, że ja sam także pisałem wspominając 68 rocznicę w tym kontekście. Nie oznacza to jednak, że zamierzam się z wcześniejszych słów wycofać. Nie było moim celem gloryfikowanie Armii Czerwonej, a jedynie uwidocznienie sensu znaczenia słowa „wyzwolenie” z punktu widzenia ludzi będących niewolnikami przywiezionymi tu na przymusowe roboty. Te wydarzenia pozwoliły tym ludziom zaczerpnąć choć na chwilkę powiewu wolności. Z tego względu uważam, że wolno mi było tak napisać. Nie chodziło bowiem o wyzwolenie Polski, a tym bardziej tych ziem.
Wątpliwości budzi we mnie obchodzenie „Dnia Zwycięstwa”. Bo czy można mówić o zwycięstwie, wobec braku pełnej niepodległości i ponad czterdziestoletniego pozostawania pod wpływem ZSRR? Na pewno nie. Wizję Polski w gronie państw - zwycięzców wykreowano w czasach minionych i jak widać przylgnęła ona mocno. Tak naprawdę to wojnę tę przegraliśmy.
 
Co do samego pomnika to również wzbudza on w mieszkańcach Łobza mieszane uczucia. O ile zastrzeżeń nie budzi postać słowiańskiego woja, to stojąca nad nim postać umundurowana na wzór stosowany w Armii Czerwonej już tak. Niestety postać ta nie posiada oznaczeń przynależności państwowej więc ciągle toczą się dyskusje czy jest to żołnierz sowiecki czy polski, z armii maszerującej ze wschodu. Czy nie można by zatem raz na zawsze uciąć dyskusji modernizując ten pomnik tak, aby znaki przynależności państwowej żołnierza się pojawiły choćby w postaci stosowanego wówczas orła bez korony. Niestety wszyscy mamy tendencje do uproszczeń i często żołnierzy I czy II Armii Wojska Polskiego wymienia się tak jakby to oni byli winni osadzenia w naszym kraju komunizmu. Takie pojmowanie sprawy uważam za zwyczajną bzdurę. 
 
Myślę, ze uznając pomnikową postać za żołnierza polskiego nie należy go demonizować.
Dlaczego?
Przytoczę fragment mało znanej Ulotki Delegatury Sił Zbrojnych na Kraj, dotyczącej marszałka Michała Żymierskiego (Pisownia oryginalna).
 
Czyny wojenne Żymierskiego ? - owszem są. Oto jako naczelny dowódca "wojska polskiego" dopuścił się potwornej masakry swoich armii, z których 1-sza armia w niedawnych walkach z Niemcami na Pomorzu poniosła 60 % strat ! Tyle krwi polskiej kosztowała buława Żymierskiego !

Masakra pomorska świadczy najwymowniej, że Żymierski jest tylko manekinem w rękach dowództwa sowieckiego, a nieszczęsna formacja polska pod jego dowództwem niedostatecznie wyposażona w lotnictwo i broń pancerną, nie stanowi żadnej samodzielnej siły zbrojnej, a jest jedynie żywą siłą ludzką, zużywaną dla potrzeb Rosji.

"Naczelny dowódca" nie umiał zapewnić swojemu wojsku dostatecznego wyszkolenia bojowego przed wysłaniem na front. Podobnie nie umie zapewnić wojsku dostatecznego zaopatrzenia. Serce kraje się na widok żołnierzy Polaków, obdartych i proszących o kawałek chleba. Na stanowiska dowódców mianuje się pod pozorami demokratyzacji - wypędków i przestępców, godnych zaiste "naczelnego dowódcy", a przynoszących ujmę korpusowi oficerskiemu.

Nad "wychowaniem" i całym życiem żołnierzy Żymierskiego czuwa... rosyjska kontrola polityczna, która przeprowadza w wojsku liczne aresztowania i zsyłki do ciężkich robót. W mundurach oficerów polskich chodzą typy, nie umiejące mówić po polsku. "Naczelny dowódca" syt zaszczytów i "chwały", zasłania swoją osobą całe to upodlenie i poniewieranie imienia polskiego żołnierza, a grabiących Polskę generałów rosyjskich, z uszczerbkiem dla godności narodu, odznacza orderem Virtuti Militari, plamiąc to nasze najwyższe wojskowe odznaczenie.
 
Jak więc widać za żołnierzem tym ujęły się władze w Londynie o czym wielu ludzi gorliwie deklarujących antykomunizm zapomina.
W świetle tej ulotki, nie powinniśmy zatem niżej oceniać żołnierza polskiego niż czyniły to władze londyńskie, obojętne, z której strony by tu nie przyszedł.
 
Przy okazji porządkowania i niewątpliwego poprawienia wizerunku okolicznego parku zapomniano niestety o pomniku. Rację mają specjaliści, którzy twierdzą, że dzisiaj pomniki - monumenty wyszły z mody i mało kto zwraca na nie uwagę. Dzisiaj na oglądającym większe wrażenie wywiera operowanie krajobrazem, światłem i podobnymi technikami. Może więc już pora, aby podobnie postąpić z naszym pomnikiem przeprojektowując otoczenie i jednocześnie dodając w jego obecności elementy upamiętniające i golgotę Polaków na wschodzie i tułaczkę na zachodzie, wysiłek oraz martyrologię Polaków będących w kraju i może dramat służących w obcych armiach – bynajmniej nie chodzi tu tylko o tych z Wermachtu, ale też np. tych walczących z przymusu w Wojnie Zimowej pod sowieckimi sztandarami.

(Zdj. Zdjęcie przedstawia wygląd opisywanego miejsca ok. roku 1956. Zdjęcie pochodzi z moich zbiorów prywatnych).

Na koniec mała uwaga. Jakoś Francuzi nie mają u siebie problemu ze stojącymi u nich do dzisiaj pomnikami postawionymi przez władze Pruskie a upamiętniającymi ich zwycięstwa nad Francuzami w końcu XIX wieku. A przecież mienimy się przynależnymi do kultury zachodniej.

Źródła: http://pl.wikisource.org/wiki/Ulotka_Delegatury_Si%C5%82_Zbrojnych_na_Kraj,_dotycz%C4%85ca_marsza%C5%82ka_Micha%C5%82a_%C5%BBymierskiego_%281945%29